piątek, 25 listopada 2016

Czarna Międzynarodówka cz. V(b) - Nacjonalizm po polsku

NACJONALIZM PO POLSKU (okres Polski Ludowej)

„Wyzwolenie” Polski przez Armię Radziecką umożliwiło komunistom przejęcie władzy. Nie obyło się to oczywiście bez oporu. Armia Krajowa, po fiasku prób współpracy z ZSRR, przekształciła się w organizację Wolność i Niezawisłość (WiN), która jednak do 1948 r. została rozbita przez Urząd Bezpieczeństwa (UB). Co ciekawe, przez pewien czas AK-WiN współpracowała z UPA w walce z komunistami (z kolei pozostające jeszcze siły NSZ próbowały storpedować to porozumienie, atakując i mordując ukraińskich cywili). Sama UPA, działająca głównie na terenach wcielonych do ZSRR, przestała istnieć dopiero w 1956 r. (w Polsce w 1947 r,. po akcji „Wisła”).



Istniejące partie polityczne komuniści kolejno rozbijali lub też sobie podporządkowywali, ostatecznie w 1948 r. ze zjednoczenia PPR z rozbitym PPS powstała PZPR, której podlegały satelickie partie – Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (zwasalizowani ludowcy) oraz Stronnictwo Demokratyczne (zwasalizowana partia klasy średniej). Następnie wszystkie te partie, włącznie z innymi reżimowymi organizacjami, utworzyły Front Jedności Narodu (FJN), podporządkowany PZPR, a który jako jedyny mógł wystawiać kandydatów do Sejmu. Po pokonaniu opozycji zewnętrznej staliniści rozpoczęli czystki wewnątrz partii. W ten sposób, za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, Bolesław Bierut usunął Gomułkę stanowiska pierwszego sekretarza partii, a następnie pozbył się jego zwolenników. Zdominowana przez triumwirat Bierut-Minc-Berman, partia zaczęła wprowadzać radykalne „reformy” na wzór stalinowski. Był to też okres najbardziej brutalnych prześladowań ze strony komunistycznej bezpieki, która dotknęła członków opozycji, żołnierzy AK oraz ostatniej instytucji, niezależnej od partii – kościoła katolickiego. W celu rozprawienia się z kościołem podjęto próbę rozbicia go od wewnątrz tworząc w 1947 r. stowarzyszenie PAX, zrzeszające katolików popierających partię komunistyczną. Zostało ono utworzone przez dawnych działaczy ONR, którzy zdecydowali się na współpracę z komunistami, a na jej czele stanął przedwojenny faszysta i szef Falangi, Bolesław Piasecki (zresztą agent UB ps. „Tatar”).



Sytuacja uległa zmianie w 1956 r. W 3 lata po śmierci Stalina, nowy pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR), Nikita Chruszczow wygłosił na zjeździe partii słynny referat, w którym potępił system stalinowski i jego zbrodnie. Był to wyraźny sygnał do zmiany polityki w obozie radzieckim i postawienia na nowych ludzi, nie obciążonych stalinizmem. Obecny na tym zjeździe Bierut zmarł, co doprowadziło do spekulacji, czy jako stalinista nie został świadomie „usunięty” ze stanowiska.



Śmierć Bieruta oraz referat Chruszczowa wywołały kryzys w PZPR. Uformowały się dwie frakcje, walczące o władzę, znane jako „natolińczycy” i „puławianie”, chociaż sami używali wobec siebie mniej wybrednych określeń – „chamy” i „żydy”. „Puławianie”, nazywani tak od tego, że spotykali się w mieszkaniach na ul. Puławskiej w Warszawie, zajęli pozycję „liberalną”, tj. chcieli odejść od systemu stalinowskiego, poluzować nadzór sowiecki i pozbyć się z kraju radzieckich doradców. Przez przeciwników byli określani jako „żydy”, gdyż znaczną część z nich stanowili członkowie partii pochodzenia żydowskiego. Oponenci „puławian” z kolei mieli swoje miejsce spotkań w willi w Natolinie (stąd „natolińczycy”) i nie chcieli oni wprowadzać żadnych zmian w dotychczasowej polityce partii. W skład tej grupy wchodzili głównie ludzie pochodzący z nizin społecznych, którzy awansowali dzięki partii – dlatego też byli nazywani „chamami”. Sporym atutem „natolińczyków” było to, że mieli oni poparcie Chruszczowa, który im właśnie planował oddać władzę w kraju - z tego też powodu zlekceważyli oni zupełnie „puławian” i nie wykazali się większą aktywnością. „Natolińczyków” wspierał też Piasecki, co doprowadziło do rozłamu w PAX, z którego odeszli zwolennicy reform (wśród nich m.in. Tadeusz Mazowiecki).



Paradoksalnie też „puławianie”, którzy chcieli odejścia od stalinizmu, byli tymi, którzy dotychczas władzę ludową w Polsce wprowadzali i umacniali. Z kolei „natolińczycy” chcieli ich od tej władzy odsunąć i zająć ich miejsce, ale nie zmieniając przy tym systemu. Był to więc tak naprawdę spór o władzę, a nie o ustrój kraju.



Poparcie „puławian” dla reform było zabiegiem taktycznym – znosząc cenzurę, krytykując „błędy i wypaczenia” stalinizmu oraz zależność od ZSRR, uzyskali znaczne poparcie społeczne (był to moment tzw. Odwilży czy Października 1956). Tego poparcia nie mieli niepopularni „natolińczycy”, postrzegani jako moskiewscy agenci, przywiezieni do Polski przez armię radziecką (wśród nich wyróżniał się np. sowiecki marszałek Konstanty Rokossowski). Dla podkreślenia swej niezależności „puławianie” pozbyli się ze swych szeregów najbardziej znienawidzonych członków partii (m.in. Minca i Bermana) oraz udało im się przeciągnąć na swoją stronę Władysława Gomułkę. W tej sytuacji Chruszczow mógł podporządkować sobie Polskę siłą, tak jak to zrobił zaraz potem na Węgrzech. Gomułka jednak zapewnił go o swej lojalności, ostatecznie więc przystał na jego wybór na pierwszego sekretarza PZPR. Po zdobyciu władzy Gomułka i „puławianie” nie potrzebowali już poparcia społecznego, bardzo szybko więc wycofali się z większości wprowadzonych swobód, m.in. przywracając cenzurę, jakkolwiek usunięto wszystkich radzieckich doradców oraz znacznie okrojono aparat bezpieczeństwa.



Październik 1956 miał jednak też swoje bardziej dalekosiężne skutki, gdyż dał impuls do odrodzenia się opozycji i żądań reform (na razie jeszcze w ramach systemu socjalistycznego). Krótką działalność prowadził Związek Młodych Demokratów o charakterze chrześcijańskim i narodowym, do którego należał m.in. Andrzej Kern i Ryszard Bender. Po zdelegalizowaniu przez władze, część członków ZMD związała się ze środowiskiem dawnej endecji i kontynuowała działalność w ramach Ligi Narodowo-Demokratycznej, propagującej nacjonalistyczne poglądy Feliksa Konecznego. Przywódców LND aresztowano w 1960 r., w 1961 r. Ligę uznano za rozbitą. Jednym z liderów LND był Józef Kossecki, który po aresztowaniu został współpracownikiem SB ps. „X”, a następnie, po wstąpieniu do PZPR w 1974 r. awansował na stanowisko konsultanta Służby Bezpieczeństwa.



Wśród przebywających na emigracji endeków doszło też do podziału pod względem stosunku do PRL. Przywódca Stronnictwa Narodowego, Tadeusz Bielecki, był konsekwentnym przeciwnikiem komunistów, z kolei Jędrzej Giertych zaoferował Gomułce swoje poparcie. Z tego powodu, oraz ze względu na skrajne, antysemickie poglądy, w 1961 r. Giertych zostaje usunięty ze Stronnictwa. Także inny lider endecji, Jan Matłachowski, przedwojenny szef Młodzieży Wszechpolskiej i jeden ze zwierzchników NSZ, powrócił w 1961 r. do Polski i przyłączył się lokalnego, nieformalnego środowiska narodowego. W rzeczywistości już od lat 50-tych był on agentem UB i SB ps. „Maksym”.



Chwilowa liberalizacja pozwoliła także na utworzenie kilku Klubów Inteligencji Katolickiej (KIK), w których znalazł się m.in. Mazowiecki, które zyskały również kilku posłów skupionych w kole poselskim „Znak”. Stanowili oni umiarkowaną opozycję wobec głównej linii władz PRL. Po powstaniu 5 klubów komuniści jednak zakazali ich dalszego tworzenia. Jedynym wyjątkiem był KIK utworzony w 1976 r. w Lublinie przez Ryszarda Bendera, który jednak nie funkcjonował w porozumieniu z innymi klubami (co ciekawe, w 2005 r. bp Życiński zakazał używania przez ten klub nazwy „katolicki”).



Główną opozycję stanowili w latach 60-tych jednak przede wszystkim młodzi lewicowi ortodoksi, żądający autentycznej demokracji i wolności słowa, jak Karol Modzelewski i Jacek Kuroń, autorzy „Listu otwartego do partii”, oraz tzw. „komandosi”, czyli studenci warszawskich uczelni, którzy dezorganizowali propagandowe zgromadzenia poprzez wywoływanie kłopotliwych dla władzy dyskusji (wśród nich byli m.in. Adam Michnik, Jan Lityński, Jan Gross, Seweryn Blumsztajn czy Teresa Bogucka). Początkowo z „komandosami” związany był także Bolesław Tejkowski, asystent prof. Baumana, jednakże w 1967 r. zerwał z tym środowiskiem.



Gomułka nie miał najmniejszego zamiaru demokratyzować i reformować kraju, zajął się za to umacnianiem swojej władzy. W tym celu, by uniezależnić się od „puławian”, wprowadził do władz swoich zaufanych ludzi, którzy byli wobec niego lojalni w czasach stalinowskich, takich jak generałowie Mieczysław Moczar i Grzegorz Korczyński (dawni partyzanci GL i AL), oraz pozostałych jeszcze „natolińczyków”. Moczar, objąwszy w 1964 r. stanowisko ministra spraw wewnętrznych, stał się drugą, po Gomułce, najważniejszą osobą w państwie. Stanął on na czele „partyzantów”, nacjonalistycznej frakcji w partii, grupującej dawnych żołnierzy podziemia, „natolińczyków” oraz tzw. „patriotów” – młodych działaczy partyjnych, którzy chcieli usunięcia „starych”, blokujących im drogę awansu. „Patrioci” byli skupieni w Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), zrzeszeniu weteranów wojny (którego prezesem zresztą także był Moczar), pomimo tego, że w tym czasie byli jeszcze dziećmi. Ze względu na to, że ideologią tej grupy był przede wszystkim nacjonalizm (skierowany przeciw Niemcom, Ukraińcom i Żydom), a nie komunizm, była ona otwarta także na środowisko akowskie i endeckie, a nie tylko na partyzantów komunistycznych. Za związanego z frakcją „partyzantów” uważa się Albina Siwaka, oraz - przynajmniej do 1970 r. - generała Wojciecha Jaruzelskiego.



Ostateczną rozprawę z frakcją „puławian” oraz z „komandosami” przeprowadzono w 1968 r. W tym celu Moczar i „partyzanci” (nadzorujący resorty siłowe) sprowokowali wydarzenia tzw. Marca, tj. strajków studenckich wywołanych zdjęciem przedstawienia „Dziadów” Mickiewicza. Głównymi inicjatorami strajków byli „komandosi”, z których znaczna część była Żydami. Ten fakt wykorzystali „partyzanci” rozpętując antysemicką nagonkę, dzięki której uderzono w starych działaczy partii, również pochodzenia żydowskiego. Antysemicką propagandę wsparło także stowarzyszenie PAX Piaseckiego. Strajki stłumiono siłą, wielu Żydów zaś wyrzucono z kraju (np. prof. Baumana), odbierając im przy tym polskie obywatelstwo - obrony strajkujących podjęło się jedynie koło poselskie „Znak”.



W jednym z pokazowych procesów „komandosów” wziął udział Bolesław Tejkowski, współpracujący z SB jako świadek oskarżenia. Później, w latach 70-tych Tejkowski, pod wpływem nacjonalistycznych ideologii Konecznego oraz Stachniuka, związał się z Lechickim Kręgiem Czcicieli Światowida, jednak po tym, jak popadł w konflikt z jej członkami, ich także zadenuncjował do SB.



Sukces moczarowców nie trwał długo, gdyż po strajkach w grudniu 1970 r., również spacyfikowanych siłą przez Gomułkę i Korczyńskiego, przywódcy radzieccy zdecydowali się na zmianę pierwszego sekretarza PZPR. Moczar liczył na to, że jako drugiemu po Gomułce, to stanowisko przypadnie jemu, lecz Sowieci, nie chcąc nacjonalisty u władzy, na pierwszego sekretarza namaścili „liberała” Edwarda Gierka. Gomułka został usunięty z kierownictwa partii, Korczyński zmarł w Algierii w 1971 r., zaś Moczar bardzo szybko zaczął tracić na znaczeniu. Chociaż nacjonalistyczni „partyzanci” zostali zastąpieni przez bardziej liberalnych zwolenników Gierka, to jednak oni sami oraz ich ideologia przetrwali (zwłaszcza w MON i MSW). Jednym ze zwolenników tej frakcji był m.in. reżyser Bohdan Poręba, znany głównie za film „Hubal” z 1973 r. (Poręba został też sparodiowany w komedii Barei „Miś”, w osobie reżysera Zagajnego).



Działania władz w 1968 i 1970 r. rozwiały iluzję, że możliwe są reformy od wewnątrz obozu władzy. Dało to początek formowaniu się silniejszej, niż dotąd, opozycji – najpierw w postaci centrolewicowego Komitetu Obrony Robotników (KOR), gdzie zresztą trafiło wielu dawnych „komandosów” oraz członków KIK (byli to m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik, Antoni Macierewicz, Henryk Wujec, Jan Józef Lipski, Piotr Naimski, Edward Lipiński, Wojciech Onyszkiewicz) czy centroprawicowego Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), utworzonego m.in. przez Leszka Moczulskiego i Andrzeja Czumę - które później stały się zapleczem dla powstałej w 1980 r. „Solidarności”. Do zespołu ekspertów „Solidarności” próbował także dołączyć Janusz Korwin-Mikke, ale został odrzucony ze względu na „prezentowaną nieodpowiedzialność i ekscentryczność poglądów”. Kiedy potem próbował sprzedawać swoje publikacje na terenie stoczni gdańskiej, został z niej usunięty siłą.



Zdecydowanie przeciw KOR i „Solidarności” występowało środowisko narodowe i endeckie, zresztą silnie zinfiltrowane przez służby specjalne PRL. Opisując współpracę Jana Matłachowskiego z SB, Sławomir Cenckiewicz pisze tak: „Matłachowski, podobnie jak wielu innych agentów narodowców i prawicowców, uważał, że należy podjąć z SB swego rodzaju grę polityczną, gdyż (szczególnie po 1968 r.) komunistyczna policja polityczna, a zwłaszcza wojsko reprezentowały zbieżny z poglądami endecji „kierunek narodowy” w obozie władzy PRL. „Z dwojga złego lepszy bandyta nacjonalbolszewik niż bandyta kosmopolita” – jak określił tę filozofię Jan Żaryn. W przekonaniu Matłachowskiego należało zatem nie tylko utrzymywać kontakty z bezpieką, ale poprzez służby specjalne PRL niejako oddziaływać, wzmacniać i wspierać „opcję narodową” w aparacie partyjno-administracyjnym Polski Ludowej. Dla SB taka postawa była zupełnie czytelna i oczywista, dlatego w kontaktach z agenturą odwoływano się do tzw. patriotycznych pobudek i wspólnej walki z „trockistami i Żydami” z KOR i „Solidarności”. Źródłem takich wyborów była obowiązująca ówcześnie myśl polityczna części środowisk narodowych zarówno w kraju, jak i na emigracji. Dla tych środowisk PRL była kolejną równoprawną formą polskiej państwowości, która po 1956 r. odzyskiwała stopniowo suwerenność, a po 1968 r., poprzez wyeliminowanie z aparatu władzy Żydów, ulegała ewolucyjnie przekształceniu w państwo narodowe. Bodaj najpełniejszym jej wyrazicielem był Jędrzej Giertych – w przeszłości zaprzyjaźniony z Matłachowskim, który choć przebywał na wygnaniu w Londynie, to dystansował się od poglądów legalistycznych, potępiał rząd polski na uchodźstwie i działalność stronnictw emigracyjnych (w tym Stronnictwa Narodowego), a po 1956 r. w zasadzie uznał PRL za swoją ojczyznę, której w sojuszu z Sowietami należy bronić przede wszystkim przed zakusami niemieckich rewizjonistów oraz powiązanych z częścią aparatu władzy i Zachodem wolnomularzy i trockistów z Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, Komitetu Obrony Robotników i „Solidarności”.” [Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989, 1/5/2007, s. 357-358].



Narodowcy, we współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa i z tzw. „betonem” w PZPR (frakcją twardogłowych komunistów, na czele z Albinem Siwakiem), w opozycji do KOR i „Solidarności”, w 1981 r. utworzyli tzw. Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”. Wśród jego twórców byli m.in. Józef Kossecki, Bohdan Poręba, Kazimierz Studentowicz, Tadeusz Bednarczyk (były pracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, współpracownik SB ps. „Tadeusz”), Bogusław Rybicki, czy Edward Prus (żołnierz Istrebitielnych Batalionów podległych NKWD, walczył z UPA, po wojnie w PAX). Byli także przeciwnikami „liberałów” w PZPR, tj. Mieczysława Rakowskiego i osób związanych z tygodnikiem „Polityka”. ZP „Grunwald” znajdowało się pod „ochroną” Zespołu Operacyjnego Departamentu III MSW (komórka organizacyjna SB zwalczająca „działalność antypaństwową”). W latach 80-tych organizacja ta wznowiła wydawanie dzieł Romana Dmowskiego i Jędrzeja Giertycha.



Dla rozprawienia się z „Solidarnością” w PZPR dokonano przewrotu i władzę przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON), na czele z generałami Wojciechem Jaruzelskim (szefem MON) i Czesławem Kiszczakiem (szefem MSW). W grudniu 1981 r. wprowadzono stan wojenny, zaś opozycjonistów związanych z „Solidarnością” internowano. Mało znanym faktem jest jednak to, że tak samo postąpiono z tymi członkami PZPR, którzy byli związani z bardziej liberalną frakcją partii, jak Edward Gierek czy były premier Piotr Jaroszewicz. Jedyną osobą, która nie poparła uchwały o wprowadzeniu stanu wojennego, był Ryszard Reiff, szef PAX-u po śmierci Bolesława Piaseckiego. Z tego powodu PAX dotknęła czystka, i po usunięciu wszystkich nie do końca lojalnych działaczy pozostali w stowarzyszeniu tylko ludzie podporządkowani władzy (od 1984 r. wśród nich był dziennikarz Jan Engelgard).



Poparcie dla stanu wojennego miał zapewnić utworzony Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON), organizację nawiązującą do tradycji FJN i skupiająca różnorodne środowiska wspierające władze PRL, wśród nich m.in. ZP „Grunwald”, PAX czy Polski Związek Katolicko Społeczny (PZKS). Na czele PRON stanął Jan Dobraczyński, przedwojenny członek Stronnictwa Narodowego, żołnierz NOW i AK, członek władz FJN, ZBOWiD oraz PAX. Członkiem PZKS i PRON był także Ryszard Bender, zresztą poseł na sejm PRL od 1976 r.



PZKS było kolejnym koncesjonowanym przez władze PRL stowarzyszeniem katolickim. Jej pierwszy szef, Janusz Zabłocki, chciał je przekształcić w partię chadecką, co jednak spotkało się ze stanowczym sprzeciwem władzy komunistycznej. SB postanowiła usunąć go ze stanowiska, w tym celu wprowadziła do PZKS grupę narodowców, z których wielu było jej agentami (m.in. Jan Matłachowski, Bogusław Rybicki, Witold Olszewski, Wiesław Gwiżdż). W 1983 r. narodowcy przejęli władzę w PZKS, całkowicie podporządkowując stowarzyszenie władzom PRL. Liczyli przy tym, że nagrodą za lojalność i współpracę będzie zgoda władz na utworzenie na bazie PZKS legalnej partii narodowej. Stowarzyszenie jednak, po usunięciu z niej ludzi Zabłockiego, znacznie straciło na znaczeniu.



Poparcia dla Jaruzelskiego i wprowadzenia stanu wojennego udzielili także Jędrzej Giertych, oraz jego syn - Maciej Giertych, który w latach 70-tych powrócił do Polski. Krytykował on też opozycję, zwłaszcza KOR, jako „służącą niepolskim interesom”. Jeszcze w 1989 r. mówił tak:



„Po 13 grudnia narodowi demokraci rozpoznawali się przez stosunek do stanu wojennego. Kto go popierał, dawał dowód myślenia geopolitycznego. Ta postawa nas łączyła. Było to jeszcze, zanim „Żołnierz Wolności” zaczął drukować fragmenty broszury mojego ojca Jędrzeja Giertycha zawierającej poparcie dla stanu wojennego. Była to cicha, niedysponująca swoją trybuną siła wspierająca Pana Generała w tej trudnej chwili.”



Innym nacjonalistą popierającym władzę był Józef Kossecki, współpracownik SB oraz autor książki „Geografia opozycji politycznej w latach 1976-1981”, wydanej przez MON w 1983 r., krytykującej KOR i byłych „komandosów”, mających żerować na robotnikach i wykorzystujących „Solidarność” dla własnych celów politycznych. Podobna e treści była też propagandowa fałszywka, kolportowana przez peerelowskie służby w 1981 r., gdzie można znaleźć m.in. takie treści:



„(…) cała falanga obecnych KOR-owców, byłych „Komandosów” i byłych stalinowców robi wszystko, aby pogrążyć Polskę w chaosie, aby sprowokować ZSRR do interwencji zbrojnej. Czy mamy patrzeć obojętnie na te zbrodnicze manipulacje? Czy mamy biernie czekać, aż Polska, nasz jedyny dom, legnie w gruzach ku radości cynicznych wodzów marzących o nowej strasznej wojnie? Czy mamy milczeć, gdy Michniki, Szlajfery, Kuronie i Blumsztajny chwytają w swoje ręce sztandar naszej polskiej solidarności, aby doprowadzić nasz kraj, nasz naród do zguby? Nie! Po stokroć nie!



Polacy! Otwórzcie oczy! Nie pozwólcie, aby garstka łajdaków niszczyła naszą ojczyznę! Szukajcie prawdy o KOR-ze, nie w wydawnictwach antypolskiej organizacji, nie w oficjalnych publikatorach, bo tutaj działa stale system zakłamania. Pytajcie o prawdę starszych braci i ojców. Pytajcie żołnierzy AK, kto ich więził w latach stalinowskich. Pytajcie o życiorysy tych, których nazwiska podajemy wyżej. Sięgnijcie do gazet i książek z lat stalinowskich. Uczcie się historii naszego narodu, tej najnowszej, najtrudniejszej i najbardziej zakłamanej. Nie pozwólcie aby synom stalinowskich zbrodniarzy udało się to, co nie udało się ich ojcom. Zniszczyć Polskę.”


Zbieżność słownictwa ówczesnej propagandy, tworzonej przez SB i jej endeckich współpracowników, oraz współczesnej skrajnej prawicy nie jest przypadkowa.



Podczas stanu wojennego na krótko internowani zostali także Janusz Korwin-Mikke oraz Bolesław Tejkowski. Obaj zostali wypuszczeni po podpisaniu lojalki wobec władz PRL. W czasie internowania Korwin-Mikke poznał także innego więźnia – Stanisława Michalkiewicza, z którym się zaprzyjaźnił. Z kolei Tejkowski powrócił do formowania Polskiego Związku Wspólnoty Narodowej (PZWN), co zaczął jeszcze w 1981 r., a który został potem przekształcony w Polską Wspólnotę Narodową (PWN).



W latach 80-tych w Polsce pojawiły się też nowe subkultury młodzieżowe – punków i skinheadów. Punki, utożsamiani raczej z ideami lewicowymi i anarchistycznymi, przede wszystkim zaś z podważaniem wszelkich instytucji i autorytetów, w Polsce byli otwarcie wrogo nastawieni wobec peerelowskiej władzy i jej organów. Wyraz tego zresztą dawali na festiwalu muzyki rockowej w Jarocinie, na który władza pozwalała, traktując to jako swoisty wentyl bezpieczeństwa, kanalizujący społeczną frustrację. Z kolei skinheadzi, którzy po raz pierwszy pojawili się w roku 1981 w Szczecinie, odwoływali się do haseł nazistowskich, nacjonalistycznych i rasistowskich, zostali szybko „zagospodarowani” przez MSW jako dyspozycyjne bojówki, wykorzystywane do zwalczania antysystemowych punków. Z czasem skinheadzi zasilili szeregi Polskiej Wspólnoty Narodowej Tejkowskiego, ich ideologia stała się też popularna wśród grup kibolskich.



Postępująca w latach 80-tych degrengolada PRL spowodowała, że społeczeństwo nie miało już żadnych złudzeń wobec ustroju socjalistycznego. PZPR i jej przywódcy zdawali sobie sprawę z tego, że ich próba „reformy” i „stabilizacji” nie powiodła się. Ze względu na to, że ideologia i hasła realnego socjalizmu były już martwe, zdecydowano się na reaktywowanie idei nacjonalistycznych („patriotycznych”). W tym celu, przy wsparciu PRON, utworzono w 1986 r. tzw. Ogólnopolski Komitet Grunwaldzki. Jego zadaniem miało być propagowanie nowej ideologii – mieszanki nacjonalizmu, socjalizmu oraz panslawizmu, ze wskazaniem jako wroga Niemców. Bitwa pod Grunwaldem miała być głównym symbolem wykorzystywanym propagandowo dla wskrzeszenia ducha patriotyzmu. Od 1987 r. zaczęto hucznie obchodzić rocznicę bitwy – nie na wiele jednak się to zdało.



Cios dla władzy przyszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony. W roku 1985 r. nowy sekretarz KPZR, Michaił Gorbaczow, rozpoczął pieriestrojkę, tj. zaczął wprowadzać umiarkowanie liberalne reformy w Związku Radzieckim. Z tego powodu mniej przejmował się ideologiczną poprawnością, a bardziej ekonomiczną sensownością współpracy z krajami bloku wschodniego. W 1987 r. dał Jaruzelskiemu do zrozumienia, że nie ma zaufania do PZPR i polecił porozumieć się z „Solidarnością” oraz Lechem Wałęsą – najlepiej poprzez włączenie umiarkowanych opozycjonistów w istniejący system. W przeciwnym wypadku, dla uniknięcia radykalizacji postaw w polskim społeczeństwie (np. poprzez wzrost poparcia dla „Solidarności Walczącej” Kornela Morawieckiego), był gotów takie porozumienie zawrzeć bezpośrednio, z pominięciem PZPR. Gorbaczowowi zależało jedynie na tym, by w Polsce rząd był przyjazny wobec ZSRR, utrzymany został Układ Warszawski, sprzedaż ropy rozliczać w dolarach, a poza tym Polacy mieli sami decydować o sobie – nawet, jeśli miało to oznaczać utratę władzy przez partię komunistyczną. Jaruzelski w ten sposób znalazł się między młotem a kowadłem – bez poparcia społecznego i bez poparcia Sowietów, opierając dotąd swą władzę na partyjnym „betonie”, którym Gorbaczow gardził. Z tego powodu zwlekał, starając się balansować między frakcją „liberalną” (reprezentowaną m.in. przez Mieczysława Rakowskiego czy Aleksandra Kwaśniewskiego) a „betonem” (jak np. Albin Siwak czy Leszek Miller), i nie podejmując żadnych zdecydowanych działań. W końcu strajki, jakie wybuchły w 1988 r., zmusiły go do rozmów z opozycją, co doprowadziło do obrad Okrągłego Stołu.



Skutkiem porozumienia zawartego między „Solidarnością” a stroną rządową, były pierwsze, częściowo wolne wybory w 1989 r. i utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego (przy poparciu „Solidarności” i dwu zbuntowanych partii – SD i ZSL). Ostatnimi, wiernymi aż do końca wobec Polski Ludowej, kiedy w PZPR już wyprowadzano sztandar, byli ci, którzy śladem swego mentora, Romana Dmowskiego, poprzez lojalną współpracę z komunistami i Sowietami chcieli utworzenia państwa narodowego – endecy, nacjonaliści, antysemici i faszyści. Nawet po przegranych przez komunistów wyborach Maciej Giertych jeszcze w ten sposób zwracał się do gen. Jaruzelskiego, wówczas już prezydenta: „Potrzebny nam u steru ktoś, kto zapewni trwałość sojuszu ze wschodnim sąsiadem. Rolą prezydenta będzie pilnować, by nie przejść z deszczu pod rynnę, byśmy nie stracili tych pozytywów, które daje nam oparcie o Związek Radziecki. Tylko Pan, Panie Przewodniczący, może nam to zagwarantować.”



Upadek PRL był wielkim ciosem dla polskich nacjonalistów, wbrew którym Polska po raz drugi w XX w. odzyskała niepodległość. Podobnie jednak, jak to miało miejsce w II, tak i w III RP owa „endekoesbecja” przetrwała i nadal kontynuuje swoją działalność.

Źródła (wybrane):
Kossecki Józef, Geografia opozycji politycznej w Polsce w latach 1976-1981, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1983




 

piątek, 18 listopada 2016

Czarna Międzynarodówka cz. V(a) - Nacjonalizm po polsku



NACJONALIZM PO POLSKU (do 1945)

W Polsce ostatnie 100 lat postrzegane jest mniej więcej tak: po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. rządził Piłsudski, Polacy wielkimi patriotami byli, kraj był mlekiem i miodem płynący. Potem wybuchła wojna i wszystko zniszczyła. Patrioci wstąpili do AK, walczyli z Hitlerem, ale potem przyszli Sowieci i sprowadzili do Polski komunistów, którzy się z akowcami rozprawili. Komuniści rządzili niepodzielnie do 1980 r., kiedy powstała Solidarność. Dla jej zwalczenia Jaruzelski wprowadził stan wojenny, co pozwoliło zachować władzę parę lat dłużej. W 1989 r. jednak komuna była już za słaba, przy Okrągłym Stole poddała się i przegrała wybory. Wszystko zaczęło się od nowa, utworzona została III RP, powstały różne, nowe partie, które walczą ze sobą w kolejnych, demokratycznych wyborach. Dla niektórych znów jest świetnie, dla niektórych nie.

Piłsudski – wojna – komunizm – demokracja. Proste.

Tyle, że im bardziej zgłębić się w to, co faktycznie się pod tym schematem kryje, to nic nie jest wówczas takie proste, a bardziej to przypomina jeden ciąg, niż oddzielne, niemające nic ze sobą wspólnego etapy. Postaram się to (rozwlekle, ale i tak skrótowo) opisać, gdyż bez tego nie da się właściwie zrozumieć obrazu współczesnej, polskiej polityki. Większości źródeł podawać nie będę - jest to ogólna historia Polski, Google powinien wystarczyć.

II RP

Odzyskanie niepodległości w 1918 r. Polska zawdzięcza w dużej mierze lewicy. Piłsudski był jednym z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej (i do tego właściwie terrorystą – albo bojownikiem o wolność, zależnie od punktu widzenia). Nie znaczy to, że w Polsce prawica była słaba – wręcz przeciwnie, była bardzo silna i popularna. Tyle, że wykazała się kompletnym brakiem wyczucia sytuacji i postawiła na złego konia, czyli na Rosję. Roman Dmowski, przywódca Narodowej Demokracji (endecji), deputowany do rosyjskiej Dumy i członek organizacji pansłowiańskich, uznał, że głównym wrogiem Polski są Niemcy, więc droga do niepodległości wiedzie poprzez współpracę z Rosją. Piłsudski z kolei prawidłowo przewidział, że Niemcy pokonają Rosję – i dlatego z nimi początkowo współpracował – po czym sami z kolei zostaną pobici przez aliantów.

Piłsudski z Dmowskim niezbyt się lubili, a konflikt między ich zwolennikami był głównym wyznacznikiem polityki polskiej w II RP. Konflikt ten zresztą przyjmował nierzadko brutalne formy, np. pierwszy polski prezydent Gabriel Narutowicz był związany z Piłsudskim i lewicą, a jego morderca – Eligiusz Niewiadomski – z kolei był nacjonalistą.

Poglądy Dmowskiego można zaliczyć do klasyki nacjonalizmu, które można skrótowo zawrzeć w stwierdzeniu „Polska dla Polaków (katolików)”. Pozostałe narodowości, których w II RP nie brakowało, miały się zasymilować (zwłaszcza Ukraińcy), bądź się wynieść – tu wskazywano szczególnie na Żydów. To właśnie wpływy żydowskie miały być szczególnie szkodliwe dla Polaków, mieli więc oni podlegać odrębnym, dyskryminacyjnym prawom (np. poprzez ograniczenie dostępu do edukacji i stanowisk publicznych). Dmowski z czasem zwrócił się w stronę faszyzmu, stawiając za wzór do naśladowania Benito Mussoliniego.


(salut rzymski na pogrzebie Romana Dmowskiego w wykonaniu członków Stronnictwa Narodowego, 1939 r.)

Jeden z głównych ideologów polskiego nacjonalizmu był Feliks Koneczny, który twierdził na przykład, że nie ma czegoś takiego, jak naród ukraiński, a ich poczucie narodowe nazywał „ukrainizmem”. Natomiast Żydzi przez swoją koncentrację na sprawach ekonomicznych, brak patriotyzmu i pacyfizm mieli nie być zdolni do posiadania i utrzymania własnego państwa, muszą więc żyć w rozproszeniu w cudzych krajach. Socjalizm także miał być wytworem kultury żydowskiej.

Piłsudski początkowo był zwolennikiem federalizmu, tj. współistnienia na równych prawach wielu narodowości i kultur na obszarze dawnej Rzeczpospolitej, gdyż tylko taka federacja miała być zdolna do przeciwstawienia się Rosji. Z tego też powodu początkowo zawarł sojusz z Ukraińcami Semena Petlury, który wsparł Polskę w trakcie wojny z bolszewikami. Później jednak Piłsudski wycofał się z tego sojuszu (albo mówiąc wprost – zdradził), dzieląc Ukrainę między Polskę a ZSRR. Z drugiej strony nie podjęto jakichś zdecydowanych prób asymilacji Ukraińców, jak to postulowali endecy (nie mówiąc już o brutalnej pacyfikacji, jaką przeprowadzili Sowieci na wschodniej Ukrainie). Było to chyba najgłupsze z możliwych działań, gdyż z jednej strony Polacy prześladowali Ukraińców na tyle bardzo, by zrobić sobie z nich wrogów, ale też nie na tyle mocno, by ich sobie podporządkować.

W maju 1926 r. Piłsudski doprowadził do zamachu na demokratyczne władze w Polsce. On sam nie chciał użycia siły, sądząc, że jego autorytet wystarczy do przejęcia władzy. Kiedy jednak legalny rząd stawił opór (po jego stronie opowiedzieli się m.in. generałowie Rozwadowski, Sikorski i Anders), wycofał się, a przewrotem pokierował gen. Orlicz-Dreszer oraz pułkownik Beck. Ostatecznie rząd poddał się, nie chcąc ryzykować wojny domowej i inwazji radzieckiej. Dla zapewnienia sobie poparcia Piłsudski utworzył niby apolityczne ugrupowanie, nazwane później „sanacją”. Faktycznie była to po prostu partia władzy, z typowym uzależnieniem od woli wodza oraz wszechobecną korupcją. Umacniając swoje rządy, sanacja prześladowała inne partie i polityków, zarówno komunistów, socjalistów (którzy bardzo żałowali udzielenia poparcia Piłsudskiemu w jego zamachu), ludowców, jak i endeków. W 1928 r., zdegradowany wcześniej do stopnia szeregowca, Rozwadowski został przypuszczalnie otruty, zaś Sikorskiego pozbawiono wszelkich stanowisk (odmówiono mu tego nawet w trakcie kampanii wrześniowej).

Po przewrocie majowym, Dmowski utworzył tzw. Obóz Wielkiej Polski, który w założeniu miał zjednoczyć wszystkie ugrupowania narodowe. W jej skład weszła jednak przede wszystkim partia Dmowskiego, tj. Stronnictwo Narodowe (SN) oraz organizacja akademicka Młodzież Wszechpolska, będąca właściwie endecką młodzieżówką. W 1933 r. OWP został przez sanację zdelegalizowany. W latach 30-tych doszło też do wewnętrznych konfliktów w SN między „starymi” działaczami, chcącymi zachować ustrój demokratyczny, a „młodymi” ekstremistami, dążącymi do obalenia demokracji i utworzenia państwa narodowo-katolickiego (wśród tych ostatnich był m.in. Jędrzej Giertych). Konflikt ten doprowadził do rozłamów, w wyniku których w 1933 r. wyłonił się Związek Młodych Narodowców (ZMN), a w 1934 r. Obóz Narodowo Radykalny (ONR).

ZMN nawiązał współpracę z sanacją w ramach tzw. Obozu Zjednoczenia Narodowego (OZN), ugrupowania stanowiącego zaplecze polityczne marszałka Rydza-Śmigłego, utworzonego po śmierci Piłsudskiego. Doprowadziło to do „skrętu w prawo” obozu sanacyjnego. Wśród postulatów ZMN było m.in. przekształcenie Polski w mocarstwo poprzez przesunięcie granic na zachód (!) oraz polonizacja Kresów. Innym postulatem programowym było też „wydatne zmniejszenie liczby Żydów w Polsce”, jako „elementu obcego” wobec narodu polskiego.

ONR utworzyli młodsi, radykalni działacze rozwiązanego OWP (m.in. Jan Mosdorf), i został równie szybko zdelegalizowany przez sanację. ONR kontynuował nielegalnie działalność, lecz już w 1935 r. rozpadł się na dwie grupy – Ruch Narodowo-Radykalny „Falanga” oraz ONR ABC (nazwany tak nieoficjalnie od nazwy pisma „ABC”). RNR Falanga, na które czele stał Bolesław Piasecki, była ugrupowaniem już otwarcie faszystowskim i antysemickim (jakkolwiek także antyniemieckim). Nazwa zresztą nawiązywała do hiszpańskiej Falangi, faszystowskiej partii generała Franco. W 1937 r. Falanga zaczęła współpracować z sanacyjnym OZN i zajęła kierownicze stanowiska w jego organizacji młodzieżowej.

Inną, oryginalną, ale i marginalną odmianą polskiego nacjonalizmu, był ruch słowiański związany z pismem „Zadruga” (stąd też nazywany „zadrugizmem”), którego głównym ideologiem był Jan Stachniuk. Wg niego drogą do wielkości narodu polskiego było wprowadzenie ustroju totalitarnego na wzór radziecki, ale przy zmianie kultury Polaków na czysto narodową i słowiańską. Oznaczać to miało „odkatoliczenie” Polski, gdyż chrześcijaństwo miało być przyczyną upadku i podziału pierwotnych Słowian. Z czasem zadrugizm zaczął też nabierać wątków neopogańskich, pansłowiańskich, antyniemieckich i antysemickich. Za najbliższą ideologicznie formację polityczną Stachniuk uważał faszystowską Falangę, jakkolwiek z zastrzeżeniem do jej stosunku do katolicyzmu. W pewnym stopniu zadrugizm był odpowiednikiem równie totalitarnego i neopogańskiego nazizmu niemieckiego, tyle, że zastępował rasę aryjską wielką wspólnotą słowiańską. Ideologia ta nie wywarła istotnego wpływu na politykę kraju, pozostawiła po sobie natomiast symbol Toporła (skrzyżowanie topora i orła), wykorzystywanego przez współczesnych nacjonalistów słowiańskich.

Inną, szczególną partią okresu międzywojennego, była Komunistyczna Partia Polski, będącą przedstawicielem Międzynarodówki Komunistycznej na terenie Polski. Została zdelegalizowana w 1919 r. ze względu na udział jej działaczy w wojnie polsko-bolszewickiej po stronie Sowietów. Po 1920 r. wielu jej działaczy znajdowało się więc albo w polskich więzieniach (m.in. Władysław Gomułka i Bolesław Bierut), albo za granicą. Ci, którzy znaleźli się w ZSRR, zostali wymordowani przez Stalina w 1938 r. w ramach wielkiej czystki, zaś samą partię rozwiązano.

Kolejną, nielegalną partią działającą na terenie II RP, była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), dążącą do utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. Prowadziła ona ograniczoną działalność terrorystyczną, wymierzoną w rządy sanacji. Po wybuchu wojny niewielka część Ukraińców z OUN podjęła współpracę z Niemcami, większość jednak – pod przywództwem Stepana Bandery – utworzyła Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), zdecydowaną na walkę z ZSRR, ale niekoniecznie u boku Niemiec, które wcale nie miały zamiaru pozwalać na utworzenie niepodległej Ukrainy. W Polsce UPA jest znane głównie ze względu na rzeź wołyńską w 1943 r. (która była typowym skutkiem ideologii narodowej, w tym przypadku ukraińskiej). Z kolei na Ukrainie UPA kojarzona jest przede wszystkim jako patriotyczna partyzantka walcząca ze Związkiem Radzieckim o niepodległość kraju.

Po śmierci Piłsudskiego w 1935 r. rozpoczęła się walka o władzę w obozie sanacyjnym, zakończona uformowaniem się triumwiratu złożonego z marszałka Rydza-Śmigłego, ministra Becka i prezydenta Mościckiego. Klęska wrześniowa, za którą winą obciążono sanację, doprowadziła jednak do jej upadku. Rydz-Śmigły i Beck trafili do Rumunii, a uformowany nowy rząd Sikorskiego nie palił się do tego, by wyciągać ręce do swych dotychczasowych politycznych oponentów. Co więcej, oficerowie związani z sanacją, którym udało się uciec na Zachód, zostali z pomocą aliantów aresztowani - pozwolono im wrócić do służby dopiero w 1942 r. Sam Rydz-Śmigły w 1941 r. prawdopodobnie chciał nawiązać współpracę z Niemcami i w tym celu powrócił potajemnie do Polski. Został jednak przechwycony przez ZWZ-AK, która wydała na niego wyrok śmierci. Marszałek zmarł zapewne w areszcie w 1942 r. (oficjalnie w 1941 r. na atak serca).

II Wojna Światowa

W trakcie okupacji niemieckiej, po upadku sanacji, powstały nowe, podziemne struktury mające na celu dalszą walkę z Niemcami. Na współpracę z hitlerowcami zdecydowała się tylko część członków Falangi, tworząc tzw. Narodową Organizację Radykalną. Funkcjonowała ona jedynie do 1940 r., kiedy po wprowadzeniu cywilnej administracji w Generalnym Gubernatorstwie Hitler uznał, że nie będzie korzystał z pomocy Polaków.

W listopadzie 1939 r. Sikorski powołał Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), w 1942 r. przemianowany na Armię Krajową (AK). Dawne partie opozycyjne – PPS (socjaliści), Stronnictwo Ludowe (ludowcy), Stronnictwo Pracy (chadecy) i Stronnictwo Narodowe (narodowcy) – utworzyły Główny Komitet Polityczny, który miał stanowić bazę polityczną państwa podziemnego oraz ZWZ-AK. Większość tych ugrupowań utworzyło własne siły zbrojne, które dopiero z czasem były włączane w skład Armii Krajowej. Były to więc: Gwardia Ludowa Wolność Równość Niepodległość (podlegająca PPS), Bataliony Chłopskie (zależne od SL) oraz Narodowa Organizacja Wojskowa (utworzona przez SN). Ponadto pozostałości Falangi stworzyły własną, niewielką partyzantkę, tzw. Konfederację Narodu (włączoną do AK w 1943 r.), zaś ONR ABC utworzyło tzw. Związek Jaszczurczy. W 1942 r. nastąpił rozłam w NOW, z którego część przeszła do AK, pozostali jednak nie chcieli takiej współpracy i razem ze Związkiem Jaszczurczym utworzyli Narodowe Siły Zbrojne (NSZ). Było to efektem sprzeciwu Stronnictwa Narodowego wobec polityki rządu Sikorskiego, który zawarł porozumienie ze Związkiem Radzieckim.

NSZ, w przeciwieństwie do AK, nie chciał nawiązywać współpracy z ZSRR i nastawiał się na walkę zbrojną przede wszystkim z komunistami, a nie z Niemcami. Przy czym za komunistyczne uznawano także oddziały Gwardii Ludowej WRN, wchodzącej w skład AK. Na swym koncie NSZ miał też mordowanie ludności ukraińskiej oraz żydowskiej, choć nie na masową skalę. W 1943 r. oddziały NSZ zaczęły zawierać lokalne porozumienia z Niemcami w kwestii zwalczania partyzantki komunistycznej. Później, ze względu na postępy Armii Radzieckiej, oddziały te przemieściły się na zachód, ostatecznie największa ich jednostka, tzw. Brygada Świętokrzyska – z pomocą Niemców – trafiła na poligon Wehrmachtu w Czechach, a następnie do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Po inwazji Niemiec na ZSRR w 1941 r., ocaleli ze stalinowskiej wielkiej czystki nieliczni komuniści polscy również zaczęli tworzyć własne, podziemne struktury. Rezygnując ze skompromitowanego szyldu KPP, przyjęli nazwę Polskiej Partii Robotniczej (PPR), zaś dla tworzonych oddziałów partyzanckich przywłaszczyli sobie od socjalistów nazwę Gwardii Ludowej (później została ona przemianowana na Armię Ludową). Ze względu na problemy z komunikacją ze Związkiem Radzieckim, komuniści polscy byli dość niezależni w swoich decyzjach i działaniach. Oczywiście, nie podobało się to w ZSRR, skąd przerzucani byli pierwsi przywódcy PPR, których jednak żywot z przyczyn różnych okazywał się krótki. Ostatecznie pierwszym sekretarzem PPR został Władysław Gomułka, który za główny cel uważał walkę z Niemcami, nawet w porozumieniu z AK, a dopiero potem zdobycie poparcia społecznego dla programu komunistycznego. Doprowadziło to do konfliktu z grupą proradzieckich komunistów, jak Bolesław Bierut, którzy za najważniejsze uważali wkroczenie Armii Radzieckiej do Polski i przejęcie przy jej pomocy władzy. Różnice poglądów między „narodowymi” a „stalinowskimi” komunistami doprowadziły nawet do tego, że przerzucane na teren Polski oddziały partyzanckie, utworzone na terenach zajętych przez ZSRR, nie tylko nie podporządkowywały się lokalnemu dowództwu AL, ale również miały za zadanie przejąć nad nią kontrolę. Konflikt ten przeniósł się również na okres po II wojnie światowej, w istotny sposób wpływając na przebieg późniejszych wydarzeń w Polsce.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Hollywood prawdę ci powie

Dawno nie pisałem, a trzeba by się trochę "rozgrzać" przed nowym sezonem. Ze względu jednak na to, że (jeszcze) są wakacje, to będzie temat nieco lżejszy - a mianowicie, czy mamy do czynienia z końcem świata. Może trochę przesadziłem... czy mamy do czynienia z końcem świata zachodniego?

Pewien pomysł przyszedł mi do głowy po zasłyszeniu kiedyś tam, w jakimś programie dokumentalnym o Koloseum i gladiatorach, że pod koniec istnienia Imperium Rzymskiego walk było coraz mniej, umiejętności gladiatorów były mizerne i ogólnie była to nędza w porównaniu z okresem świetności. W końcu przyszedł papież i zamknął cały interes, albo właściwie to, co z niego zostało. Główna idea była jednak taka, że koniec imperium miał swoje odbicie w upadku ówczesnego centrum rozrywki, jakim było Koloseum.

Potem zacząłem się zastanawiać, czy taką analogiczną rolę spełniają współcześnie Stany Zjednoczone i Hollywood. Oczywiście, USA to imperium innego rodzaju, a krew w Hollywood jest tylko barwnikiem, ale mimo wszystko spore podobieństwo pozostaje. Hollywood chyba nic nie przebija pod względem wpływu kulturowego na świecie - nawet, jeśli to "tylko" kultura masowa. Zresztą - walki gladiatorów w Koloseum były widowiskiem także przeznaczonym dla rzymskich mas.

Może by więc ocenić kondycję USA patrząc na to, co się dzieje z Hollywood? Czy ewentualny upadek "przemysłu filmowego" będzie towarzyszył załamaniu się potęgi Ameryki? Niektórzy twierdzą, że ten upadek ma już miejsce, zaraz przyjdą Chińczyki i nas zjedzą.

Nie jest to oczywiście zadanie proste. Ciężko ocenić, czy filmy kręcone w Hollywood są coraz lepsze, gorsze czy też może takie same, jak były kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Pytanie "opinii publicznej" (np. patrząc na oceny na filmwebie) nie ma sensu, bo ta pamięta przede wszystkim najnowsze "hity", którym zawyża oceny (myląc jakość z popularnością) i nijak nie odniesie się do filmów np. z 1966 roku ("The Russians are coming, the Russians are coming"...). Takie filmy ocenić mogą najwyżej "koneserzy", a ci mogą mieć niszowe, nietypowe podejście, nie przystające do kultury masowej. Komuś może się podobać "Saga Zmierzch", a kto inny wydłubie sobie oczy i odetnie uszy, byleby skrócić swoje cierpienia (tak, ja jestem w tej drugiej grupie).

Spróbowałem więc podejść do tego od drugiej strony - skoro nie można ocenić wszystkich i jednakowo, to wybrałem tylko te, które w danym roku uzyskały nominację do Oskara na najlepszy film. I to też nie wszystkie, bo różna ich liczba była, tylko dokładnie trzy, o największym budżecie, i tylko amerykańskie, bo to ma dotyczyć Hollywood. Następnie sumowałem ich budżety, korygowałem o wskaźnik inflacji, by dane z różnych lat były porównywalne i można dzięki temu zobaczyć, ile w Hollywood wydano na trzy najlepsze i najdroższe filmy. Pewnie, jakiś w tym błąd jest, bo kasa nie równa się arcydzieło, ale może w miarę dobrze pokazywać skłonność producentów filmowych do inwestowania w filmy (o podobnej jakości), a to już jest jakiś wskaźnik kondycji przemysłu filmowego.

Na poniższym wykresie pokazuję, jak się kształtował ten poziom w latach 1951 - 2014. Jest to średnia ruchoma z 3 lat, żeby wygładzić linie i pokazać samą tendencję. Do tego jest jeszcze ona cofnięta od 2 lata, np. dane z 2015 r. są pokazane w roku 2013 - wynika to z tego, że w 2015 nominację do Oskara dostały filmy mające premierę w 2014 r., a kręcone (i finansowane) zazwyczaj w roku 2013. Dla porównania wstawiłem też wskaźnik dla 3 najbardziej dochodowych filmów - tutaj też jest średnia ruchoma, ale z przesunięciem już tylko o rok, gdyż dochód uzyskiwano po premierze filmu.

Jak widać, obie linie są dość zbieżne, tj. zwiększonym budżetom towarzyszyły większe dochody z filmów (za wyjątkiem lat 70-tych). Jeśli jest to więc wskaźnik kondycji Hollywood, to można powiedzieć, że pierwszy okres świetności trwał do końca lat 60-tych (punkt szczytowy wyznacza ówczesna superprodukcja - "Cleopatra" z 1963 r., która, uwzględniając inflację, jest najdroższym filmem w historii). Od roku 1970 na filmy wydaje się jednak coraz mniej, lata 70-te i 80-te to słabszy okres przemysłu filmowego. Chociaż wyprodukowano wówczas względnie tanio kilka klasyków pop-kultury, jak "Egzorcysta", "Szczęki" i "Gwiezdne Wojny", które przyniosły za to bardzo duże dochody. Lata 90-te do przełomu wieków to ponownie dobry czas dla Hollywood, z ciągle rosnącymi budżetami i dochodami - punkty szczytowe wyznaczają takie produkcje, jak "Titanic" i "Władca Pierścieni". Potem nastąpiło pierwsze, głębokie "tąpnięcie" (l. 2003 - 2005), przerwane jeszcze krótkim okresem drogich produkcji, spośród których wyróżniał się "Avatar" (niemalże tak samo drogi, co "Cleopatra"), po czym od 2011 r. znów Hollywood jest w dołku i trudno powiedzieć, czy to już koniec jego kłopotów. Być może najgorsze ma za sobą, ale możliwe też, że nie wróci już na wcześniejszy poziom.

Teraz popatrzmy na kondycję USA, do opisania której użyję najpopularniejszej, jakkolwiek niedoskonałej miary, jaką jest PKB. Poniżej wykres ze wskaźnikiem zmiany PKB (rok do roku) wraz z nałożoną na to średnią ruchomą z 5 okresów dla wygładzenia linii. Ogólna tendencja jest taka, że USA rozwijają się coraz wolniej, zwłaszcza po roku 1970. Często okres do 1970 r. określa się zresztą mianem "złotego wieku kapitalizmu". W 1970 r. nastąpił pierwszy poważny kryzys, związany z ratowaniem budżetu po wojnie wietnamskiej. Wówczas prezydent Nixon odszedł też od tzw. systemu Bretton Woods, w którym dolar był sztywno związany ze złotem i stanowił światową walutę rezerwową. Do tego doszedł jeszcze kryzys naftowy z lat 1973-1975, gdy OPEC wkurzony na Izrael i USA gwałtownie podniósł ceny ropy. Potem było już niewiele lepiej. Od prezydentury Reagana, z kontynuacją za czasów Clintona, zaczęto deregulować gospodarkę, co na jakiś czas trochę pomogło, dopóki nie odbiło się to najpierw czkawką podczas kryzysu dotcomów, a potem doprowadziło do konkretnego załamania w 2008 r. Od tego czasu Obama coś próbuje na to zaradzić, ale efekty są raczej umiarkowane.

I na koniec nałożyłem na siebie średnie budżety filmowe Hollywood oraz PKB Stanów Zjednoczonych. Przy czym, żeby dopasować do siebie obie linie trendu, trzeba było wydzielić 2 okresy - do roku 1970, i po roku 1970. W pierwszym trend "hollywoodzki" odpowiada mniej więcej trendowi "gospodarczemu", tj. bieżaca sytuacja w kraju przekładała się od razu na sytuację w Hollywood. Po roku 1970 trend "hollywoodzki" zaczął reagować z ok. 2-3 letnim opóźnieniem na trend gospodarczy. Może wynika to ze zmiany charakteru finansowania produkcji filmowych - wcześniej wydawano na to środki z bieżących dochodów, potem produkcja filmowa stała się bardziej skomplikowaną i wieloletnią inwestycją, niż po prostu działalnością artystyczną.

Co właściwie więc można wyczytać z tych trendów? Po pierwsze, przemysł filmowy reaguje na to, w jakim stanie jest państwo (i jego gospodarka). Po drugie, pomimo powoli pogarszającej się koniunktury w USA, na produkcje filmowe wydaje się nadal bardzo dużo. Sytuacja na teraz jest więc może niezbyt dobra i bywało lepiej, ale absolutnego załamania jeszcze nie ma i trochę jeszcze brakuje do definitywnego zamknięcia Koloseum.

Nie zmienia to faktu, że w najbliższych latach może być gorzej. Zwłaszcza dwa zjawiska nie były dotąd wzięte pod uwagę, choć dla ich opisania mam tylko swoje subiektywne wrażenia.

Pierwsze zjawisko to wysyp remake'ów i reaktywacji serii filmowych z lat 80 i 90-tych, takich jak "Mad Max Fury", "Tron: Dziedzictwo", "Pamięć Absolutna", "RoboCop", "Terminator", "Dredd", "Wojownicze Żółwie Ninja", "Coś", "Dzień Niepodległości" czy "Ghostbusters". Niby pięknie, tylko taki recykling świadczy raczej o braku pomysłów w Hollywood. Ewentualnie pomysłów nie brak, tylko nikt nie chce ryzykować pieniędzmi na ich realizację, i przeznacza je robienie rzeczy, które już kiedyś się sprawdziły. To będzie działać na krótką metę, bo nie można bez końca recyklować tego, co było.

Drugie zjawisko, to produkcje telewizyjne, które już na równi konkurują z filmami pełnometrażowymi. Seriale na dłużej przyciągają widownię, mogą być bardziej dochodowe i jednocześnie tańsze w produkcji (choć np. jedna seria "Gry o Tron" kosztuje tyle, co najdroższe filmy Hollywood). Seriale przede wszystkim mają duży większy potencjał rozwojowy - poza rzadkimi wyjątkami (jak "Gwiezdne Wojny" czy "Star Trek"), film opowiada jedną, zamkniętą historię. Seriale mogą pokazywać całe światy, z licznymi odgałęziami, które można eksploatować (kontynuować fabułę, dodawać nowe wątki). Może więc nastąpi taki moment, gdy seriale ostatecznie zdetronizują hollywoodzkie filmy.

Podsumowując, żyjemy w ciekawych czasach, gdy właściwie nic nie jest do końca pewne, ani że będzie coraz lepiej, ani że będzie coraz gorzej. Żaden stan zawieszenia nie trwa jednak wiecznie, więc przyjdzie nam jeszcze zobaczyć, w którą stronę się to rozwinie.

wtorek, 14 czerwca 2016

Schumpeter i ekonomia ewolucyjna

Joseph Schumpeter to kolejna ciekawa i – niestety – traktowana raczej marginalnie postać w historii ekonomii. Być może wynika to z tego, że jest dość trudny do sklasyfikowania (a „prawdziwi” ekonomiści uwielbiają wszystko ładnie poszufladkowane i wyczyszczone ze wszystkiego, co nie jest „ekonomią”) i właściwie stanowi kategorię zupełnie oddzielną od innych. Czasami wrzuca się go do wora zwanego Austriacką Szkołą Historyczną, ale właściwie to tylko z tej tradycji się wywodzi, później zdecydowanie poszedł własną drogą, włączając wiedzę z innych dziedzin do swych własnych już przemyśleń. O jego oryginalności świadczy anegdota, którą opowiadał o sobie – że jego ambicją było zostać najlepszym kochankiem w Wiedniu, najlepszym jeźdźcem w Austrii oraz najlepszym ekonomistą na świecie, lecz niestety, osiągnął tylko dwa z założonych celów, a nigdy nie jeździł dobrze konno. Za życia był znany, lecz niekoniecznie bardzo uznany, co może wynikać z tego, że w momencie publikacji jego najważniejszych dzieł w języku angielskim, tj. w latach 30 i 40-tych XX wieku, nową gwiazdą ekonomii zostawał właśnie Keynes, który go całkowicie przyćmił. Kiedy i sam keynesizm został odsunięty w cień, a „na salony” powróciła ekonomia neoliberalna, Schumpeter już nie żył, przez co jest on obecnie jedynie wzmiankowany na marginesie „głównego nurtu”. Od lat 80-tych jednak jego idee powoli powracają dzięki wysiłkom paru twardych zawodników, którzy rozwijają jego pomysły (szczególnie w obszarze wpływu technologii na gospodarkę, gdzie klasyczna ekonomia leży i kwiczy).

Cóż takiego zrobił Schumpeter, że warto go trochę poznać? Przed nim gospodarka była uważana za doskonałą, statyczną, zrównoważoną konstrukcję, czasem tylko doświadczającą różnych perturbacji, wywołanych jakimiś zewnętrznymi czynnikami, np. katastrofą naturalną, wojną czy najgorszą zarazą ze wszystkich, czyli wtykaniem przez państwo swych brudnych paluchów w cudowne tryby ekonomicznego mechanizmu. Schumpeter, słusznie, uznał to za bardzo ładny, idealny obrazek, tyle, że nieprawdziwy i przeniósł z biologii na grunt ekonomii bardziej naturalistyczną ideę ewolucji. Gospodarka wg niego nie jest więc statyczna, lecz stanowi dynamiczny, ciągle zmieniający się (ewoluujący) system, do tego jeszcze stanowiący element wyższego systemu społecznego, gdzie ponadto znajdują się inne podsystemy – np. naukowy, rodzinny, czy instytucjonalny. I wszystkie te podsystemy na siebie wzajemnie oddziałują, co tworzy dość skomplikowany obraz wielu relacji i współzależności – np. z podsystemu naukowego płyną informacje nt. nowych wynalazków, które podsystem ekonomiczny zaczyna produkować, tworząc więcej bogactwa, co wpływa z kolei na życie poszczególnych ludzi i ich rodzin itd. itp. Ten proces oddziaływań i zmian jest ciągły, może być stabilny (bądź nie), ale z całą pewnością nie tworzy jakiejś idealnej równowagi i nie osiąga nigdy wyimaginowanego stanu doskonałego.

W samej gospodarce mechanizm ewolucyjny ma działać przede wszystkim poprzez nowe technologie i innowacje. W skrócie wyglądać to ma następująco – firmy sobie działają, coś tam produkują, jest fajnie. Pojawia się nowy przedsiębiorca, który ma zajebisty produkt albo pomysł, jak coś wyprodukować lepiej, niż inni. Bierze kredyt, otwiera firmę, produkuje lepiej od pozostałych, robi się zamieszanie w gospodarce, stare, nie potrafiące się dostosować firmy wylatują z rynku, pionier-monopolista zbiera ekstra kesz i spłaca kredyt. Ci, co przetrwają, uczą się nowych technologii, adaptują się i podciągają się do góry. Po pewnym czasie nowa technologia rozprzestrzenia się wszędzie i właściwie przestaje być już czymś nadzwyczajnym, powszechnieje, a wtedy wszystko wraca do w miarę stabilnej sytuacji, ale już z firmami efektywniejszymi i bardziej dochodowymi. Do momentu, aż nie pojawi się jakiś kolejny wariat z nowym pomysłem. Jest to taki sam mechanizm, jak w biologii ewolucyjnej – najlepiej przystosowani przetrwają i się rozmnażają, potem znów pojawia się mutacja, która okazuje się korzystna, rozpowszechnia się i tak w kółko bez końca. Sam proces eliminacji starych firm i struktur ekonomicznych oraz zastępowania je przez nowe i lepiej funkcjonujące, nazywa się twórczą destrukcją (creative destruction) – i właściwie jest to jedyne, co pakuje się ludziom do głów na standardowych wykładach z ekonomii.

Schumpeter kładł więc nacisk na to, że tym, co napędza zmiany ekonomiczne, są nowe technologie. To dzięki nim gospodarka nie wpada w stagnację, lecz się rozwija. Trzeba jednak podkreślić, że jest to jednak rozwój poprzez kolejne cykle wzrostu, kryzysu i spowolnienia – które wg Schumpetera są mimo wszystko czymś pozytywnym i w przeciwieństwie do takiego Marksa, nie widział w cyklicznych kryzysach drogi do światowej rewolucji i upadku kapitalizmu. Takie fale wzrostu (gdy pojawia się nowa, rewolucyjna technologia) i spadku (gdy potencjał technologii się wyczerpuje) trwają bardzo długo, nawet kilkadziesiąt lat, po drodze całkowicie transformując całe społeczeństwa – nie tylko gospodarki, ale także instytucje, prawo, naukę, kulturę oraz oczywiście prywatne życie ludzi. Kontynuatorzy Schumpetera, którzy swoją szkołę ekonomiczną nazywają neoschumpeteriańską albo ewolucyjną, wyróżnili jak dotąd 5 takich długich fal, począwszy od XVIII w., w oparciu o rewolucyjne technologie, które odmieniały całą epokę:

I fala „angielska rewolucja przemysłowa” – od 1771 r. (otwarcie pierwszej, mechanicznej przędzalni w Cromford w Anglii), kiedy kołem zamachowym gospodarki był przemysł tekstylny, a na rynku dominowały małe firmy rodzinne, operujące lokalnie, na niewielką skalę.
II fala „wiek pary i kolei żelaznej” – od 1829 r. (test pierwszej lokomotywy „Rocket”, Manchester, Anglia), nową, wysoką technologię stanowią silniki parowe, wykorzystywane na kolei i w żegludze parowej. Dzięki rozwijającej się sieci transportowej możliwa staje się sprzedaż na duże odległości, a to z kolei daje możliwości powstawania większych firm.
III fala „wiek stali, elektryczności i przemysłu ciężkiego” – od 1875 r. (budowa huty stali bessemerowskiej, Pittsburgh, USA), powstaje przemysł ciężki, zbrojeniowy czy chemiczny. Pojawiają się wielkie kartele i monopole, do zarządzania którymi potrzebna jest już wyspecjalizowana kadra specjalistów.
IV fala „wiek ropy, samochodów i produkcji masowej” – od 1908 r. (początek produkcji Forda T, Detroit, USA), następuje standaryzacja i umasowienie produkcji, najbardziej nowoczesny i dynamiczny staje się przemysł motoryzacyjny, lotniczy oraz petrochemiczny. Tworzą się wielkie, międzynarodowe koncerny, o hierarchicznej strukturze, z wieloma oddziałami.
V fala „wiek informacji i telekomunikacji” – od 1971 r. (pierwszy mikroprocesor Intel, USA), kiedy podstawą rozwoju stał się sektor IT (komputery, software, sieć). Firmy spłaszczają swoją strukturę, wiele podprocesów przekazują do innych firm (outsourcing), tworząc gęstą sieć powiązań.

Wg ewolucjonistów każda fala składa się z następujących faz:
Faza Wdarcia (Irruption) – w dojrzałym, ustabilizowanym systemie gospodarczym pojawia się „coś nowego”, jeszcze nie rozpoznane, młode firemki z nowymi, ciekawymi technologiami, które robią różne fajne tricki. Nowe firmy zaczynają działać w oparciu o zupełnie inną logikę, niż dotychczasowe i zaczyna się między nimi, a starymi molochami, konkurencja.
Faza Manii (Frenzy) – po pewnym czasie przychodzi jednak zrozumienie, że te nowe zabawki mają naprawdę ogromny potencjał rozwojowy i ludzie wpadają w szał. Zaczynają na maksa inwestować we wszystko, co się kojarzy z nową technologią, która dzięki potężnemu zastrzykowi pieniędzy zaczyna się bardzo szybko rozwijać i rozpowszechniać. Inwestorzy, którzy w szybkim tempie dorabiają się fortun, popadają jednak w szaleństwo, uważając, że tak będzie już zawsze i „nowa gospodarka” nie podlega już dotychczasowym prawidłom ekonomicznym - co się kończy bańką spekulacyjną, krachem i twardym powrotem do rzeczywistości.
Faza Synergii (Synergy) – recesja przynosi otrzeźwienie. Większość ludzi już wie, co jest grane z nowymi technologiami, ale widzi też już potrzebę wprowadzenia do nich porządku i organizacji. Stare instytucje, prawa zostają zmienione i dostosowane tak, by uwzględniały nową rzeczywistość. Odrzuca się „stare” konwencje i sposoby myślenia, nowe idee są przyjmowane jako „oczywiste” i „naturalne”. Dzięki osiągniętej harmonii między nową gospodarką a instytucjami, prawami i kulturą następuje okres stabilnego rozwoju.
Faza Dojrzałości (Maturity) – dotychczasowy sektor nowych technologii osiąga swoją dojrzałość, jego potencjał się wyczerpuje – wszystko, co miało być wynalezione i wyprodukowane, już zostało zrobione. Wszystko już wiadomo, nic nowego nas nie czeka, tłuszczyk rośnie, nuda. I wówczas gospodarka powoli popada w stagnację.

I wtedy wszystko zaczyna się od początku. Dodatkowo wyróżnia się taką niby-fazę dojrzewania (gestation) – oznacza to, że nowa technologia nie pojawia się nagle znikąd, tylko rozwija się bardzo powoli, gdzieś na marginesie ludzkiej uwagi, zapewne pośród paru nerdów, jeszcze w trakcie poprzedniej fali, gdy wciąż dominująca technologia jest w swej fazie dojrzałości. Bardzo dobrze te fazy widać na przykładzie technologii informatycznych. Pierwszy komputer zbudowano jeszcze w trakcie II wojny światowej, kiedy był po prostu maszyną do łamania szyfrów. Przez lata 40, 50 i 60-te bawiło się nimi paru świrów i mało kto przewidywał, że będą czymś więcej, niż tylko wyspecjalizowanymi zabawkami naukowców. Ówczesny szef IBM nawet stwierdził wprost, że światu wystarczy 5 komputerów. W latach 70-tych powstały jednak pierwsze mikroprocesory i komputery zaczęły powoli wchodzić do powszechniejszego użytku -  najpierw w wojsku (choćby internet wymyślono na jego potrzeby), potem także w sektorze prywatnym, co można nazwać właśnie okresem wdarcia. Lata 90-te były okresem szaleństwa, gdy tempo rozwoju było tak szybkie, że komputery i ich części wymieniane były co kilka miesięcy, jednocześnie zaś (pop)kultura zaczęła zapełniać się postaciami informatyków (aspołecznych nerdów/freaków/weirdów). Skończyło się to bańką spekulacyjną i tzw. krachem dotcomów w 2000 r. (nazwa wzięła się stąd, że wówczas inwestowano we wszystkie firmy, które miały w nazwie „.com”, nieważne, czym się zajmowały). Możliwe, że kolejny kryzys – finansowy w 2008 r., jest kontynuacją tego pierwszego, gdy nie wyciągnięto właściwych wniosków i nie narzucono ograniczeń na rynki finansowe, by nie szalały z durnymi inwestycjami. Obecnie mamy okres pełzającej recesjo-stagnacji, znajdując się gdzieś w trakcie fazy synergii. Trochę praw i instytucji zostało już dostosowane do tego, że żyjemy w zglobalizowanym świecie, połączonym jedną, wielką siecią, trochę jeszcze do zrobienia zostało (choćby to, że państwa narodowe pozostawione same sobie nie są w stanie kontrolować międzynarodowych korporacji, działających globalnie). Powoli też wyczerpuje się potencjał rozwojowy IT – nowe pomysły już nie są tak przełomowe, jak te sprzed 20 lat, i są na poziomie apek na telefon, które mają informować o promocjach w jakiejś sieci. Ale mamy też swoistą czkawkę, strach przed niewiadomym i próby powrotu do „starych, dobrych czasów”. Się nie da, można opóźniać, jak Japonia, kiedy dla zachowania pozycji samurajów zabroniła używania broni palnej i odizolowała się od Europy. Ale nic tego nie zatrzyma - i im wcześniej przyjdzie tego świadomość, tym lepiej.

Inną kwestią jest też to, co może być motorem wzrostu w następnej fali? Zapewne te technologie już istnieją, ale gdzieś wegetują i niewiele osób bierze je za coś ważnego. Czasem się wspomina, że następna fala ma być oparta na technologiach ekologicznych, czasami na nanotechnologii. Ciężko stwierdzić, gdyż trzymamy się jeszcze sposobu myślenia typowego dla obecnej fali i trudno jest przełamać jej schematy myślenia. Tak, jak ludziom wychowanym na IV fali społeczeństwa hierarchicznego trudno pojąć ludzi V-ej, sieciowej fali. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.