czwartek, 25 lutego 2016

Zielona Ruina



Tekst przygotowany na potrzeby Komitetu Obrony Demokracji, pierwotnie ukazał się na blogu edukacyjnym KOD.

„Polska w ruinie” czy „zielona wyspa”? Politycy uwielbiają barwne określenia mające podkreślić ich sukcesy gospodarcze bądź też porażki przeciwników. Na ile obywatele mają możliwość sprawdzenia, ile prawdy stoi za propagandą polityków? Czy potrzeba do tego utytułowanych specjalistów, którzy muszą „szaremu człowiekowi” wyłożyć trudne kwestie prostym językiem? Wbrew pozorom podstawowe pojęcia gospodarcze nie należą do zbyt skomplikowanych i dają się intuicyjnie zrozumieć przez każdego, nawet nieobeznanego z nauką ekonomii – co można pokazać właśnie na przykładzie tego, co działo się z polską gospodarką w ostatnich latach.

Produkt krajowy brutto
Najczęściej wymienianym wskaźnikiem używanym zarówno przez komentatorów gospodarczych, jak i polityków, jest produkt krajowy brutto (w skrócie PKB). Zapewne prawie każdy o PKB słyszał, ale niewiele osób wie, co to dokładnie znaczy, poza tym, że pokazuje, jak rozwija się cała gospodarka, i że im więcej PKB, tym lepiej.

Wskaźnik PKB został wymyślony w czasie Wielkiego Kryzysu (lata trzydzieste XX wieku) przez ekonomistę Simona Kuznetsa jako miernik aktywności rynkowej, którego głównym zadaniem było informowanie, w jakiej kondycji znajduje się gospodarka. Z założenia PKB miał więc być swoistym „czujnikiem” w systemie wczesnego ostrzegania o problemach gospodarczych. I – jak zaznaczył sam Kuznets – PKB nie stanowi miary dobrobytu. Pewną analogię do PKB stanowi prędkościomierz samochodowy – może pokazywać, jak szybko jedzie samochód, ale niekoniecznie, czy sama jazda dla jego pasażerów jest komfortowa czy nie. Mimo to z czasem utarło się, że PKB jest postrzegany właśnie jako wskaźnik sukcesu gospodarczego i dobrobytu ludności. Często też politycy za swoje główne zadanie uznają to, by z roku na rok ten wskaźnik rósł.

Co właściwie oznacza PKB i czy musi rosnąć, by ludziom żyło się lepiej? PKB to po prostu suma wszystkiego, co zostało wytworzone i sprzedane w danym kraju za pośrednictwem rynku. Czyli wszystko, co zostanie wyprodukowane w fabrykach, wyhodowane przez rolników czy wykonane przez usługodawców i co zostaje wycenione w pieniądzu, stanowi PKB. Natomiast do PKB nie jest liczone to, co nie przechodzi przez rynek, czyli np. pomoc w domu ze strony rodziny czy produkty pochodzące z szarej strefy. PKB nie obejmuje więc całej gospodarczej aktywności ludności w kraju. Nie informuje też o zmianach jakościowych. Na przykład jeśli do masowego użycia wejdą energooszczędne lodówki, to PKB spadnie o tyle, o ile mniej prądu będzie zużywane (choć zapewne PKB wzrośnie o wartość sprzedanych lodówek).

PKB Polski na tle Unii Europejskiej
Wiedząc już, czym właściwie jest PKB, to jak on się kształtował w Polsce w ostatnich latach? Porównując tempo wzrostu PKB to średniej europejskiej, trzeba przyznać, że całkiem dobrze. Nie dość, że PKB Polski rośnie cały czas, to jeszcze rośnie szybciej, niż ma to miejsce w całej Unii Europejskiej – pod tym względem Polska odrabia dystans, jaki ma do krajów „starej Unii”. Co więcej, w fatalnym 2009 roku, kiedy to wszystkie pozostałe kraje UE miały spadki PKB związane z początkiem kryzysu finansowego, Polska jako jedyna dalej notowała wzrost PKB. Stąd też wzięło się powiedzenie o „zielonej wyspie”.

Tempo zmian PKB Polski i Unii Europejskiej (2001 – 2014)

Źródło: Eurostat, dane z lat 2000–2014.

Sama wartość PKB to jeszcze jednak zbyt ogólna informacja, by można było uznać, że w kraju panuje dobrobyt. Dobrze jest poznać kilka szczegółów związanych z PKB, co pozwala dokładniej się przyjrzeć kondycji gospodarczej kraju. Te dodatkowe informacje można poznać wiedząc, jak liczony jest PKB – a są to informacje ogólnie dostępne, publikowane przez GUS i Eurostat.

PKB można policzyć na kilka sposobów, z których każdy powinien dać taki sam wynik. Najczęstszymi metodami, dzięki którym zresztą można się też sporo dowiedzieć o samej gospodarce, jest zliczanie z jednej strony dochodów, a z drugiej wydatków w całym kraju. I – podobnie jak w przypadku prywatnych portfeli i ich zawartości – jedno powinno równać się drugiemu.

PKB – strona dochodowa
W przypadku metody dochodowej trzeba policzyć zarobki wszystkich uczestników rynku, wśród których można w uproszczeniu wyróżnić trzy kategorie: przedsiębiorców (i przedsiębiorstwa), pracowników (i gospodarstwa domowe) oraz administrację publiczną (państwo i samorządy). Dochodami przedsiębiorstw (zwanymi też dochodami z kapitału) będą przychody ze sprzedaży ich produktów czy usług pomniejszone o koszty wynagrodzeń pracowników oraz podatki. Dochodami pracowników (tzw. dochodami z pracy) będą właśnie wynagrodzenia za wykonaną pracę. Z kolei dochodem administracji publicznej są podatki. Całość można zapisać za pomocą następującego wzoru:

PKB = zyski + płace + podatki

Na podstawie tego wzoru widać, że wzrost PKB niekoniecznie oznacza wzrost wszystkich jego składowych, nie musi więc dotyczyć wszystkich. Jeśliby porównać PKB do tortu, który społeczeństwo ma zjeść, to nie wystarczy, żeby był on duży – równie ważne jest też to, na jakie kawałki ten tort zostanie podzielony. Na podstawie danych podawanych przez urzędy statystyczne można sprawdzić, jak owo dzielenie tortu wygląda w Polsce, UE i wybranych krajach europejskich:

Udział dochodów z kapitału, dochodów z pracy i podatków w PKB

Źródło: Eurostat, dane za rok 2014.

Polska należy do tych krajów UE, gdzie udział zysków przedsiębiorstw należy do najwyższych, zaś dochodów z pracy – do najniższych. Dochody podatkowe kształtują się także poniżej średniej europejskiej. Innymi słowy Polska jest krajem taniej siły roboczej i mało aktywnego państwa.

Można też prześledzić, jak podział dochodów zmieniał się w czasie. I tak między rokiem 2000 a 2014 udział dochodów przedsiębiorstw wzrósł z 46,6% do 51,3% PKB, zaś spadły dochody z wynagrodzeń (z 41,2% do 37,4%) i podatków (z 12,1% do 11,3%).

Zmiana podziału dochodu w PKB Polski (2000–2014)

Źródło: Eurostat, dane z lat 2000–2014.

Znaczy to tyle, że największymi beneficjentami wzrostu PKB w Polsce stają się przedsiębiorstwa, a w coraz mniejszym stopniu są to pracownicy tych przedsiębiorstw czy też samo państwo i samorządy. Można oczywiście założyć, że dzięki większym zyskom przedsiębiorstwa mają środki na inwestycje. Czy tak jest jednak faktycznie, przekonamy się, patrząc na PKB od strony wydatków.

PKB – strona wydatkowa
Drugą metodą liczenia PKB jest sumowanie wydatków, jakie zostały poniesione w gospodarce. Ogólnie rzecz biorąc, to, co mamy, możemy na bieżąco skonsumować, możemy część odłożyć i zainwestować, sprzedać za granicę (eksport) albo kupić za to produkty i usługi z zagranicy (import). Różnica między wartością eksportu a wartością importu nazywana jest bilansem handlowym. Sam PKB będzie opisany wówczas takim wzorem:

PKB = konsumpcja + inwestycje + bilans handlowy

Często w wiadomościach o zmianach PKB widnieje dodatkowa informacja, o ile zmieniły się także poziomy konsumpcji, inwestycji, eksportu i importu – dzięki temu można się dowiedzieć, co było motorem wzrostu (czy spadku) PKB. I tak w przypadku wzrostu konsumpcji po prostu Polacy wydają więcej swych dochodów na dobra konsumpcyjne produkowane przez krajowych producentów. Wzrost wartości inwestycji oznacza powstrzymanie się od bieżącej konsumpcji, by mieć możliwość zwiększenia produkcji w przyszłości. Często zmiany w poziomie inwestycji wskazują na to, w jakiej kondycji znajduje się gospodarka – w czasie kryzysu wartość inwestycji spada, gdyż cięcie tego rodzaju wydatków jest najłatwiejsze. Ponadto inwestowaniu nie sprzyja brak perspektyw rozwojowych. Każdy kraj dąży też do tego, by mieć co najmniej zrównoważony bilans handlowy, co niestety nie jest możliwe – by móc coś wyeksportować, zawsze trzeba znaleźć jakiś kraj, który dany produkt zaimportuje. W skali globalnej wszystko się zrównoważy, nie może więc być tak, że każdy będzie miał nadwyżki. Jeśli bilans handlowy Polski jest dodatni i rośnie, oznacza to, że zdobyliśmy lub powiększyliśmy swoje zagraniczne rynki zbytu. Jeśli spada i jest ujemny, to wydajemy więcej swych dochodów na produkty i usługi sprowadzane z zagranicy.

Udziały konsumpcji, inwestycji i bilansu handlowego w PKB

Źródło: Eurostat, dane za 2014 r.

Na tle europejskim Polska sytuuje się dość przeciętnie: ma tylko nieco wyższe wydatki konsumpcyjne i niewielki dodatni bilans handlowy. Jeśli chodzi o udział wydatków inwestycyjnych, to mieści się one w średniej UE.

Można też prześledzić, jak te wydatki zmieniały się w czasie. Między rokiem 2000 a 2014 spadały udziały wydatków konsumpcyjnych (z 81,7% do 78,4%) i inwestycyjnych (z 24,6% do 20,3%). Znacząco za to poprawił się bilans handlowy: wzrósł z poziomu –6,4% (kiedy import przeważał nad eksportem) do poziomu +1,2% (eksport był większy niż import).

Zmiany udziału wydatków w PKB Polski (2000–2014)

Źródło: Eurostat, dane z lat 2000–2014.

W przeciągu 15 lat Polska z importera stała się krajem eksportującym. Niemniej ze względu na to, że poziom inwestycji nie jest jednak znaczący, można założyć, iż wzrost sprzedaży eksportowej wiąże się raczej z niskimi kosztami polskich produktów (wynikającymi z niskich płac) niż ze wzrostem sprzedaży wysoko wartościowych produktów zaawansowanych technologii.

Wracając do początkowych wątpliwości, którzy politycy mieli rację – ci, którzy mówili o zielonej wyspie i sukcesie Polski, czy ci, którzy pokazywali Polskę w ruinie? To pierwsze potwierdza nieprzerwany wzrost PKB, szybszy niż w większości krajów UE, oraz wyjście obronną ręką z kryzysu finansowego. Na tym tle Polska rzeczywiście stanowi zieloną wyspę, a nie ruinę. Z drugiej strony, jeśli przyjrzeć się szczegółom, wzrost PKB jednak w mniejszym stopniu przełożył się na wzrost samych dochodów mieszkańców – co spowodowało powstanie rozdźwięku między ogłoszonym publicznie sukcesem Polski, a brakiem poczucia tego sukcesu u znacznej części Polaków. Warto więc zwracać uwagę na to, co dokładnie kryje się za stwierdzeniami polityków odnośnie stanu gospodarki, niekoniecznie od razu przyjmując czy odrzucając to, co mówią, zależnie od własnych sympatii politycznych – wszyscy bowiem mogą mieć swoje racje. I z taką samą ostrożnością należy przyglądać się wskaźnikom ekonomicznym, takim jak PKB – są one tylko pewną ogólną wskazówką, co się dzieje w kraju, ale mogą mówić niewiele na temat dobrobytu jego mieszkańców.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Bolek, Lolek i A'Tomek... czy jakoś tak

Podobno Wałęsa był strasznym, komunistycznym agentem, ziejącym ogniem smokiem, który zniszczył całą demokratyczną opozycję w Polsce. Cóż, tak mówią - tj. banda trzeciorzędnych opozycjonistów skoligacona z byłymi aparatczykami z PZPR, zwąca się szumnie Prawem i Sprawiedliwością, którym nie udało się po 1989 załapać do koryta władzy i nie mogli do dziś uszczuplić łupu dla siebie. A więc zemsta!

A tak poważniej - ogólnie nie obchodzi mnie za bardzo, czy Wałęsa coś tam podpisał czy nie. Skoczył przez płot - skoczył. Zmusił komunę do ustępstw - zmusił. Był symbolem opozycji i wolnej Polski - był (i jest). Doprowadził do demokratycznych wyborów - doprowadził. Kaczyński fujara tego nie zrobił i nawet jak by fałszował historię ile wlezie, to i tak już tego nie zrobi.

A jak Wałęsa kiedyś coś podpisał - to tym większy podziw mu się należy, że dał radę z tego bagna się wydostać.

I tyle, jeśli chodzi o kolejną pisowską zasłonę dymną nad swą nieudolnością.

czwartek, 28 stycznia 2016

Kalecki - handel zagraniczny

Ostatnia część dot. Kaleckiego poświęcona będzie handlowi zagranicznemu. Ogólnie rzecz biorąc może on spełniać taką samą rolę, co budżet państwa,czyli za jego pośrednictwem można wpływać na koniunkturę w całej gospodarce. Produkcja eksportowa zwiększa dochody przedsiębiorstw w takim samym stopniu, co deficyt budżetowy, natomiast produkcja importowana z zagranicy z kolei te zyski obniża (jak podatki).

Różnicę między wielkością eksportu (X) i importu (M) nazywamy bilansem obrotów bieżących (CA - current account): 

CA = X - M
 
Jeśli bilans ów jest dodatni (czyli eksport przeważa nad importem), to uzyskana nadwyżka zwiększa dochody przedsiębiorstw.

Eksport może także służyć do przyspieszenia wzrostu gospodarczego poprzez tzw. mnożnik eksportowy, którego działanie jest analogiczne do mnożnika inwestycyjnego:
 

PKB = (I + G + X) / (r% + sw% + t% + m%)
 
gdzie m% to udział importu w całości PKB.

Czyli im większy eksport i im mniejszy udział importu w PKB, tym wzrost PKB jest większy.

Handel zagraniczny nie jest jednak tak do końca rzeczą prostą. Każde państwo chciałoby eksportować więcej, niż importować, a jest to po prostu niemożliwe. Żeby ktoś mógł eksportować, importować musi ktoś. Warto mieć więc także na uwadze konkurencyjność krajowych produktów - a ta zależy od ich stopnia zaawansowania technologicznego oraz ceny. Jeśli chodzi o pierwszy czynnik, to warto być producentem produktów wysokich technologii, by móc uzyskiwać na nich wysokie dochody z eksportu. Gorzej, gdy jesteśmy eksporterem surowców czy produktów niskich technologii (np. żywność), gdyż ceny na nie zazwyczaj są niskie. Ropa należy raczej do wyjątków, a i uzależnianie się od jej eksportu też nie do końca jest korzystne - czego przykładami są kłopoty finansowe Rosji przy spadającej cenie ropy, oraz zjawisko tzw. choroby holenderskiej. Polega ono na tym, że koncentracja na wydobyciu dochodowych zasobów naturalnych powoduje regres i zanik bardziej rozwiniętych gałęzi przemysłu (taki przypadek miał miejsce właśnie w Holandii w latach 60/70-tych, po odkryciu nowych złóż gazu ziemnego).

Co do konkurencyjności cenowej, to zależy ona dwóch rzeczy - kursu wymiany walut między dwoma krajami, oraz inflacji w obu tych krajach.  Można określić, czy dany produkt jest konkurencyjny, przy pomocy następującego wzoru:
 

Q = q / (Pd/Pf)

gdzie:
Q - konkurencyjność
q - kurs wymiany walut
Pd - cena produktu w walucie krajowej
Pf - cena produktu w walucie obcej

Jeśli Q>1, wówczas produkt krajowy jest konkurencyjny w porównaniu z zagranicznym.

Z tą konkurencyjnością robi się ciekawie, gdy mamy do czynienia z jedną walutą, taką jak euro. Wówczas q będzie zawsze równe 1, nie ma już możliwości poprawiania własnej konkurencyjności poprzez osłabienie kursu walutowego. Zmiany konkurencyjności w handlu między krajami europejskimi zależą więc w znacznym stopniu od inflacji (czyli zmian cen na produkty) w poszczególnych krajach. I tak kraje Północy Europy, o tradycyjnie o niskiej inflacji (np. Niemcy), stawały się coraz bardziej konkurencyjne wobec krajów Południa Europy, o tradycyjnie wysokiej inflacji (jak np. Grecja).

 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rating S&P

S&P obniżyło rating Polski. Polska w ruinie! - krzyczy opozycja. To bez znaczenia, polska gospodarka ma się świetnie! - odpowiada rząd. 3 miesiące temu opozycja i rząd mówiły zresztą to samo - inna sprawa, że kto inny był opozycją, a kto inny rządem. Większość Polaków pewnie nawet nie wie, o co chodzi. To wyjaśnię.

Jak zwykły obywatel szaraczek chce wziąć kredyt, to idzie do banku. Bank przypatruje się delikwentowi, pyta o różne rzeczy (dochody, wydatki, rodzinę itd.), by móc stwierdzić, czy jest on wiarygodny czy nie - czy można mu ten kredyt bezpiecznie dać, czy też lepiej nie, bo nie spłaci.

Co zrobić w przypadku, gdy do takiego banku przyjdzie pan minister finansów i powie, że chce wziąć kredyt dla Polski? Też trzeba ocenić wiarygodność i zdolność kredytową tegoż 36-milionowego delikwenta. A że nie jest to takie proste, to tym zajmują się tzw. agencje ratingowe. I od nich zależy, jak oceniają zdolność danego kraju do spłaty długu - im lepszy rating, tym państwo bezpieczniejsze, a im bezpieczniejsze, tym niższe odsetki od kredytu będzie spłacać. Ma to wpływ głównie na oprocentowanie kredytów w walucie obcej. Jeśli więc S&P obniża rating, to w perspektywie mamy większe koszty spłaty długu zagranicznego. I z tego powodu jest to niezbyt fajnie - tu rację ma opozycja.

Ale nie jest tak źle, swoją rację ma rząd. Ale nie dlatego, że ma w głębokim poważaniu S&P - już prędzej S&P może mieć w takowym poważaniu polski rząd. I nawet nie chodzi o to, że opinia na temat agencji ratingowych jest fatalna po tym, jak walnie przyczyniły się one do wywołania ostatniego kryzysu (bo dawały wysoką ocenę śmieciowym kredytom). Otóż zadłużenie Polski w walutach obcych stanowi mniejszość naszego długu - większość jest w złotówkach (ok. 66% wg danych z marca 2015). Tym samym kopniak nie będzie wcale taki bolesny.

Podsumowując, dużo hałasu o nic - czyli polityka. A co faktycznie z tego wyniknie - poczekamy, zobaczymy.

niedziela, 10 stycznia 2016

Wolność Równość Demokracja



Tekst napisany na potrzeby Komitetu Obrony Demokracji, publikuję także tutaj w wersji pierwotnej, zachowując docinki pod adresem tych, którym docinki się należą.

Demokracja z założenia ma być ustrojem ludzi wolnych. Czym jednak jest ta wolność? Co ona właściwie oznacza? W najprostszym ujęciu wolność znaczy tyle, co możliwość robienia tego, co się chce. Mieszkam, gdzie chcę, pracuję, gdzie chcę, mówię, co chcę – nikt nie stoi mi nad głową i nie decyduje za mnie, co mam robić.

Wedle niektórych (np. pseudoliberałów w rodzaju Korwina-Mikke) taka wolność - i ustrój na takiej wolności oparty - jest najlepszy z możliwych. Kiedy każdy może robić, co chce i nic nikogo nie ogranicza, wtedy wszyscy wykorzystują w pełni swoje możliwości – i wszyscy są zadowoleni. Czy to jednak jest takie proste? Co w przypadku, gdy mój współplemieniec uzna, że zasady ruchu prawostronnego są ograniczeniem jego wolności i postanowi jechać samochodem lewą stroną? Albo odmówi obowiązkowego szczepienia się przeciw chorobom zakaźnym, zwiększając przez to w całym społeczeństwie ryzyko zarażenia się takimi chorobami?

Ustrój oparty na takiej wolności nie byłby demokracją – szybko przekształciłby się w anarchię, gdzie najsilniejsze jednostki realizowałyby swoją wolność kosztem słabszych. Byłaby to prawdziwie darwinowska dżungla, w której przetrwaliby tylko nieliczni, bezwzględni egoiści. Nie przez przypadek więc Korwin-Mikke wychwala monarchię,  nazywając demokrację najgłupszym ustrojem świata – nie o wolność jednostki mu bowiem chodzi, tylko o brak ograniczeń narzucanych jemu i jego wyznawcom przez „ciemne masy”. Trudno doszukać się bowiem sensu w jednoczesnym dążeniu do wprowadzenia ograniczającej wolność monarchii z żądaniem wolności absolutnej dla każdego.

W cywilizowanym społeczeństwie pewne ograniczenia wolności indywidualnej są więc niezbędne, by mogło ono sensownie funkcjonować. Taką zdroworozsądkową zasadą ograniczającą, przypisywaną liberałom, jest to, że granicą wolności jednej osoby jest wolność pozostałych osób. Czyli moje działania nie mogą ograniczać wolności innych członków społeczności. Nie mogę więc uznać dobrowolnie, że od dziś jeżdżę lewą stroną albo się nie szczepię, gdyż naraża to na szwank wolność i dobrobyt innych ludzi.

Zasada ta wymaga jednakowego traktowania każdego człowieka w tych samych okolicznościach – bez względu na to, kim są ci ludzie (jakiej są płci, jakiego koloru skóry, jakim mówią językiem czy w co wierzą). Wolność musi więc iść w parze z równością wobec prawa - obie tworzą fundamenty tzw. liberalnej demokracji.

Czy wolność jednostki i równość zasad są jednak wystarczające do tego, by demokracja efektywnie działała? Czy to, że jestem wolny i mam do czegoś prawo, oznacza, że mogę robić wszystko, co zechcę (pamiętając o tym, by nie szkodzić innym członkom społeczeństwa)? Niekoniecznie. Przykładowo, mam prawo polecieć w kosmos. Czy jednak faktycznie mam możliwość odbycia takiego lotu? To, że mam jakieś prawo, nie oznacza jeszcze, że mam możliwość jego realizacji – mogę nie mieć ku temu odpowiednich środków (lot w kosmos można sobie wykupić), albo odpowiedniego wykształcenia (mógłbym zostać astronautą i zostać wysłany w kosmos), albo nie mam dostępu do informacji (może gdzieś przygotowywana jest wyprawa w kosmos dla ochotników?). Takie prawo, bez możliwości jego realnego wykorzystania z powodu jakichś moich braków, jest dla mnie martwe i bezużyteczne. Jeśli więc pojawiłby się ktoś, kto na przykład oferowałby mi za zrezygnowanie z niego np. 500 zł na każde moje dziecko (no, może bez przesady – 500 zł na każde drugie dziecko), przyjąłbym ofertę bez wahania. Gdybym nie dysponował kapitałem finansowym, kulturowym czy społecznym, to mógłbym sprzedać też inne, bezużyteczne dla mnie prawa – jak wolność słowa czy prawa wyborcze.

Wolność jednostki i równość zasad to za mało, by demokracja działała z korzyścią dla wszystkich obywateli. Taka jest natura rzeczy, że nie rodzimy się równi – niektórzy są bogaci, niektórzy biedni, są ludzi mniej i bardziej inteligentni, są ludzie z szerokimi koneksjami i są ludzie zupełnie przeciętni i nieznani. Jeśli dla tak różnych ludzi zastosujemy jednakowe zasady – najsłabsi będą najczęściej tymi przegranymi. To tak, jak by na ring bokserski wypuszczać zawodników wagi piórkowej, by mierzyli się z bokserami wagi ciężkiej. Poza nielicznymi przypadkami, największe szanse na zwycięstwo mają ci silniejsi. Paradoksem demokracji liberalnej jest więc to, że chociaż bazuje na założeniu równości między ludźmi, prowadzi w efekcie do pogłębiania się nierówności między nimi. Coraz mniejsza liczba ludzi ma możliwości egzekwowania swoich praw obywatelskich, dla pozostałych stają się one coraz bardziej niedostępne i abstrakcyjne. I można się ich pozbyć za przykładowe 500 złotych.

By temu przeciwdziałać potrzebny jest trzeci fundament ustroju demokratycznego – obok wolności jednostki i równości zasad musi istnieć mechanizm wyrównywania szans. Istnieje on zresztą w mniejszym lub większym stopniu w każdej dojrzałej demokracji, np. pod postacią opieki społecznej czy stypendiów dla ubogiej młodzieży. To właśnie stopień, w jakim państwo powinno interweniować i wyrównywać szanse ludzi gorzej sytuowanych, jest głównym punktem sporów między różnymi partiami politycznymi. Partie liberalne i konserwatywne kładą nacisk na to, że skoro stanem naturalnym jest to, że ludzie nie są równi, to nie powinno się tego zmieniać (równość zasad jest ważniejsza od równości szans). Partie lewicowe głoszą, że skoro człowiek ma możliwość korygowania i poprawiania natury, to powinien z tej możliwości korzystać (równość szans jest ważniejsza od równości zasad). Najlepszy jest zapewne kompromis między tymi dwoma stanowiskami, który powinien być wypracowywany w otwartym dialogu między zwolennikami różnych opcji. I tu właśnie niezbędna okazuje się demokracja ludzi wolnych.