piątek, 28 sierpnia 2015

Krugman o ekonomii

Wielkim fanem Paula Krugmana nie jestem, ale swego czasu, w 2009 r. opublikował tekst, który jest niezłym podsumowaniem degrengolady, w jakiej znajduje się nauka ekonomii. Pełen tekst znajduje się tu: How did economists get it so wrong?

Przetłumaczone, wybrane fragmenty zamieszczam poniżej:

Trudno w tej chwili w to uwierzyć, ale nie tak dawno ekonomiści gratulowali sobie sukcesów w swej dziedzinie. Sukcesy te – jak wierzono – miały miejsce zarówno na polu teorii, jak i praktyki, i prowadząc do złotej ery w tym zawodzie. (…)

W zeszłym roku wszystko się rozsypało.

Niewielu ekonomistów dostrzegało nadciągający kryzys, ale ich prognostyczna porażka była najmniejszym z problemów na tym polu. Ważniejsza była zawodowa ślepota na fakt, że w gospodarce rynkowej może w ogóle dojść do krachu. W swych złotych latach finansiści uwierzyli, że rynki są nieodmiennie stabilne – czyli, że akcje czy inne aktywa są zawsze prawidłowo wycenione. Nic w obowiązujących wówczas modelach nie sugerowało nawet możliwości załamania, jakie miało miejsce w zeszłym roku. W tym czasie makroekonomiści byli podzieleni w swych poglądach. Jednakże główny podział przebiegał między tymi, którzy uważali, że w gospodarce wolnorynkowej nigdy nie dochodzi do załamań, a tymi, którzy wierzyli, że kryzysy mogą się pojawiać, ale wszelki większe odchylenia od ścieżki wzrostu mogą być korygowane przez wszechpotężny Fed. Żadna ze stron nie była przygotowana na to, by radzić sobie z gospodarką, która się wykoleiła pomimo wysiłków Fedu.

W momencie wybuchu kryzysu przepaść między ekonomistami stała się jeszcze większa, niż kiedykolwiek. Lucas określił plany stymulacyjne administracji Obamy jako „tandetną ekonomię” [ang. schlock economics], a jego kolega z Chicago John Cochrane stwierdził, że są one oparte o zdyskredytowane „bajeczki”. W odpowiedzi Brad DeLong, z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, pisze o „intelektualnej katastrofie” Szkoły Chicagowskiej [neoliberalna szkoła ekonomiczna], zaś ja sam napisałem, że komentarze ekonomistów chicagowskich są wytworem Ciemnych Wieków makroekonomii, w których ciężko zdobyta wcześniej wiedza została zapomniana.

Co się stało z profesją ekonomiczną? I dokąd ona zmierza?

Tak, jak ja to widzę, ekonomia zbłądziła dlatego, że ekonomiści, jak grupa, pomylili piękno, którą przedstawia robiąca wrażenie matematyka, z prawdą. Do czasu Wielkiego Kryzysu większość ekonomistów trzymało się wizji kapitalizmu jako doskonałego lub bliskiego doskonałości systemu. Wizja ta była nie do utrzymania w obliczu masowego bezrobocia, ale kiedy tylko wspomnienia Kryzysu rozmyły się, ekonomiści ponownie zakochali się w starej, wyidealizowanej wizji gospodarki, w której racjonalni ludzie wchodzą w interakcje na doskonałych rynkach, tyle, że tym razem wizja była wystrojona w śliczne równania. Odnowiony romans z idealnym rynkiem częściowo odpowiadał zmianie politycznych wiatrów, częściowo był efektem finansowych zachęt. I choć nie ma co narzekać na płatne, roczne urlopy w Instytucie Hoovera czy możliwości pracy na Wall Street, to głównym powodem porażki zawodowej było dążenie do osiągnięcia obejmujących wszystko, intelektualnie eleganckich rozwiązań, które dawałyby także ekonomistom szansę wykazania się swoimi matematycznymi umiejętnościami.

Niestety, ta romantyczna i sterylna wizja gospodarki doprowadziła u większości ekonomistów do tego, że zaczęli ignorować wszystko, co mogłyby pójść źle. Nie dostrzegali ograniczeń ludzkiej racjonalności, które często prowadzą do baniek spekulacyjnych i ich pęknięć, problemów z instytucjami, które popadają w szaleństwo, niedoskonałości rynków – w szczególności rynków finansowych – które powodują, że gospodarczy system operacyjny nagle i nieprzewidzianie załamuje się, oraz niebezpieczeństw związanych z tym, że regulatorzy nie wierzą w regulację.

(…) W roku 1930 rynki finansowe, z oczywistych powodów, nie cieszyły się wielkim uznaniem. Keynes porównywał je do „tych konkursów w gazetach, w których konkurenci muszą wybrać sześć najładniejszych twarzy spośród stu fotografii, przy czym nagroda zostanie przyznana temu, którego wybór będzie najbardziej zbliżony do średnich preferencji wszystkich konkurentów, tak że każdy z uczestników wybiera nie te twarze, które sam uważa za najpiękniejsze, ale te, które uważa, że zostaną wybrane przez pozostałych konkurentów.”

Keynes uważał, że to bardzo zły pomysł, by pozwolić takim rynkom, w którym spekulanci większość czasu spędzają na gonitwie jeden za drugim, by wpływały one na ważne decyzje biznesowe: „kiedy rozwój zdolności produkcyjnych kraju staje się efektem ubocznym tego, co się dzieje w kasynie, to najprawdopodobniej skończy się to źle.”

Mimo to, mniej więcej od 1970 r., nauka o rynkach finansowych została opanowana przez wolterowskiego dr Panglossa, który twierdził, że żyje w najlepszym z możliwych światów. Dyskusja nt. irracjonalności inwestorów, baniek czy destrukcyjnej spekulacji całkowicie zniknęła z akademickiego dyskursu. Został on zdominowany przez „hipotezę rynku efektywnego”, sformułowaną przez Eugene’a Famę z Uniwersytetu Chicago, który twierdził, że rynki finansowe dokładnie wyceniają wartość aktywów, biorąc pod uwagę całość dostępnej publicznie informacji (np. ceny akcji zawsze dokładnie odzwierciedlają wartość firmy, jeśli wziąć pod uwagę informacje nt. zysków, możliwości biznesowych itd.). W latach 80-tych ekonomiści finansowi (...) dowodzili, że skoro rynki finansowe zawsze ustalają prawidłowe ceny, to najlepsze, co mogą zrobić szefowie korporacji, nie dla siebie, ale dla dobra gospodarki, to maksymalizować wartość ich akcji. Innymi słowy, finansiści wierzyli, że rozwój zdolności produkcyjnych społeczeństwa powinno się złożyć w ręce tego, co Keynes nazwał „kasynem”.

(…) By być uczciwym, teoretycy finansowi nie zaakceptowali hipotezy rynku efektywnego tylko dlatego, że była elegancka, użyteczna i lukratywna. Zgromadzili także znaczną liczbę dowodów statystycznych, które na pierwszy rzut oka wyglądały na bardzo przekonujące. Jednakże te dowody miały dziwnie ograniczoną formę. Ekonomiści finansowi rzadko zadawali oczywiste pytanie, czy cena aktywów ma sens biorą pod uwagę rzeczywiste wskaźniki, takie jak zyski. Zamiast tego pytali tylko o to, czy ceny aktywów mają sens biorąc pod uwagę ceny innych aktywów. Larry Summers, obecnie główny doradca ekonomiczny w administracji Obamy, zadrwił kiedyś z profesorów finansów nazywając ich „keczupowymi ekonomistami”, którzy „wykazali, że dwu-kwartowe butelki keczupu niezmiennie są sprzedawane dwa razy drożej, niż jedno-kwartowe butelki keczupu”, i na podstawie tego stwierdzają, że rynek keczupu jest doskonale efektywny.

Mimo to drwiny czy nawet bardziej delikatna krytyka nie dały żadnego efektu. Teoretycy finansowy nadal wierzyli, że ich modele są w gruncie rzeczy dobre, i tak samo myślało wielu ludzi podejmujących na ich podstawie rzeczywiste decyzje. Między innymi był to Alan Greenspan, podówczas szef Fedu, wspierający od lat politykę deregulacji finansów, którego odmowa wzięcia pod kontrolę śmieciowych pożyczek czy zajęcia się rosnącą bańką na rynku nieruchomości opierała się w znacznej mierze na przekonaniu, że nowoczesna ekonomia finansowa ma wszystko pod kontrolą. (…)

Jednakże w październiku zeszłego roku, Greenspan przyznał, że był w stanie „głębokiego niedowierzania”, gdyż „cała intelektualna konstrukcja załamała się”. Od czasu krachu intelektualnej konstrukcji załamały się także realne rynki, efektem była recesja – najgorsza, wedle wielu oszacowań, od czasu Wielkiego Kryzysu. Co powinni uczynić decydenci polityczni? Niestety, makroekonomia, która powinna dać jasne wskazówki, jak radzić sobie z gospodarką będącą w depresji, sama jest w rozsypce. (...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz