Szacuję, że polska ekonomia jako
nauka jest zacofana o jakieś 20 lat w stosunku do tego, jak wygląda ekonomia na
Zachodzie. Przy czym nie jestem zachwycony tym standardem, bo jest on w tej
chwili nie najlepszy – co też jakoś świadczy o jeszcze niższym poziomie polskim.
Oczywiście, żaden „szanujący się” polski ekonomista tego nie przyzna. Ba, większość
nawet nie jest tego świadoma, bo gdyby była, to może nawet by podjęli jakieś wysiłki,
bo tę lukę zmniejszyć. By zrozumieć przyczynę tego rzeczy stanu, trzeba
spojrzeć na nieco dłuższą historię ekonomii.
Do lat 70-tych na Zachodzie
dominował model państwa opiekuńczego (welfare state). W uproszczeniu sprowadzał
się on do tego, że państwo interweniowało w gospodarkę, korygując jego
niedoskonałości i zapewniając społeczeństwu znaczne świadczenia socjalne,
kosztem wyższych podatków. Bezpieczeństwo socjalne i wysokie zarobki z kolei
przekładały się na wysoką produktywność oraz zapewniały wystarczający popyt na
stale rosnącą produkcję. Funkcjonowało to całkiem nieźle do czasu kryzysu naftowego
w 1973 r., prowadzącego z kolei do kryzysu systemowego państwa opiekuńczego.
Zbiegło się to w czasie z klęską USA w Wietnamie, wyznaczając szczytowy moment
potęgi komunistycznego Związku Radzieckiego. W takiej sytuacji do władzy w USA
dochodzi Ronald Raegan, a w Wielkiej Brytanii – Margaret Thatcher. Oboje
obierają kurs na skrajnie liberalny kapitalizm (obniżka podatków, cięcie
wydatków socjalnych, kontrola inflacji, prywatyzacja i deregulacja), pozbywają
się „komunistycznego” bagażu polityki socjalnej z epoki welfare state, w
polityce zagranicznej stawiają na konfrontację z ZSRR. Wszelką dyskusję i
wymianę poglądów zastępuję wojenna retoryka – wszystko zostaje sprowadzonego do
prostego podziału na dobrą demokrację i kapitalizm Zachodu oraz zły komunizm
Wschodu. Nie było miejsca na nic innego – albo byłeś za kapitalizmem w wersji
Raegana i Thatcher, albo byłeś komuchem.
ZSRR konfrontacji nie przetrwał
– był słabszy. Oszołomiony niespodziewanym sukcesem Zachód wpadł w triumfalizm
– zaczęto mówić o ostatecznym zwycięstwie demokracji i kapitalizmu oraz o końcu
historii. Innej opcji do wyboru już nie było. Wobec takiej oczywistości wszystkie
państwa na świecie miały stać się prędzej czy później wolnorynkowymi
demokracjami.
W takim właśnie momencie, w
1989 r. Polska tworzy nowy ustrój polityczny i gospodarczy. Wybór jest prosty –
skoro komunizm upadł, to trzeba przejść na kapitalizm. Taki kapitalizm, jaki
wówczas był na Zachodzie. W ten sposób skrajnie liberalny, prymitywny
kapitalizm Raegana trafił do Polski i zaczął być postrzegany jako „normalność”.
Na Zachodzie ta „normalność” posypała
się w 2008 r. „Wolny rynek”, czyli pozbycie się wszelkiej kontroli i regulacji
na rynku finansowym, doprowadził do kryzysu. A rozmiar kryzysu przyniósł w
końcu świadomość tego, że ten rodzaj kapitalizmu, jaki dotąd był promowany,
najlepszy i jedynie słuszny nie jest. Owszem, część ekonomistów uważa nadal, że
wszystko jest w miarę w porządku, trzeba wprowadzić tylko kilka korekt,
skalibrować modele ekonomiczne, inni uważają, że konieczna jest bardziej radykalna
zmiana kursu. W każdym bądź razie argumentują, próbują, myślą, dyskutują. A w
Polsce?
Jak to, co w Polsce? Kryzys? Jaki kryzys, jest
super. Tylko komuchy i lewaki narzekają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz