środa, 26 sierpnia 2015

Jak się współcześnie robi ekonomię

W powszechnym przekonaniu naukowcy są bardzo mądrymi ludźmi, którzy na podstawie obserwacji faktów z codziennego życia tworzą ogólne teorie wyjaśniające, dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Na podstawie tej wiedzy podejmowane są efektywniejsze działania i uzyskiwane są lepsze rezultaty. Takimi naukowcami są też ekonomiści - obserwują oni zachowanie gospodarki, rozumieją zachodzące w niej procesy, formułują odpowiednie teorie i modele, dzięki którym mogą przewidzieć np. niebezpieczeństwo kryzysu, informują o tym polityków, którzy temu przeciwdziałają i wszyscy są szczęśliwi.

Coś chyba jednak gdzieś nie działa tak, jak powinno, bo kryzysy jak były, tak nadal są, o szczęściu powszechnym nie wspominając. Problem może być dwojaki - ekonomiści wykonują swoją pracę dobrze, tylko politycy ich nie słuchają, lub też słuchają, tylko ich zalecenia są do bani.


Współcześnie dominującą pozycję w naukach ekonomicznych ma tzw. szkoła neoklasyczna, potocznie zwana ekonomią neoliberalną lub mniej sympatycznie - fundamentalizmem rynkowym. Niewielu ludziom nie zorientowanym w ekonomii cokolwiek te nazwy mówią, jednak główne twierdzenia neoliberalizmu są powszechnie znane i uznawane za "zdroworozsądkowe". Ogólnie ich postulaty można w skrócie przedstawić tak: wolny rynek jest doskonałym mechanizmem, dzięki któremu gospodarka działa w sposób najlepszy z możliwych. Jeśli coś działa źle, to dlatego, że działanie tego perfekcyjnego mechanizmu jest zakłócane z zewnątrz przez próby ręcznego sterowania, przede wszystkim w wyniku interwencji państwa czy z powodu roszczeniowości pracowników i związków zawodowych. Tym samym gospodarka działa najlepiej, gdy państwa, jego regulacji oraz podatków jest jak najmniej. Należy więc wszystko zderegulować, sprywatyzować, obniżyć podatki, znieść płacę minimalną, zasiłki dla bezrobotnych, składki na ZUS, przepędzić związki zawodowe i wszelkie pasożytnicze lewackie towarzystwo. Znane?

Teraz pytanie - czy politycy się tego słuchają czy też te zalecenia można o kant d... potłuc? Nikt nie lubi polityków, więc najczęstszą odpowiedzią jest to, że to ich wina. Nie służą społeczeństwu, jak powinni, tylko załatwiają własne, brudne interesy i wykorzystują swoją uprzywilejowaną pozycję, by wyciągnąć z gospodarki pieniądze dla siebie, psując przez to doskonały mechanizm rynkowy. Zgoda, politycy nie są idealni. Tyle, że nikt nie jest idealny, a jakoś społeczeństwo i gospodarka - lepiej lub gorzej - funkcjonują. Mimo wszystko politycy z grubsza się ekonomistów słuchają, ci zaś są zresztą wszechobecni jako doradcy w różnych urzędach. Minsterstwa Finansów czy Gospodarki wręcz z definicji są obsadzane prze ekonomistów. Obok politologów to chyba też najczęściej pojawiający się eksperci we wszelkich mediach. Ekonomiści są wszędzie. I są słuchani.

Problemem nie są więc politycy stosujący ich zalecenia, lecz sama teoria, która te zalecenia generuje. Fundamentem ekonomii neoklasycznej jest tzw. teoria równowagi ogólnej. Jest ona mniej więcej taka: z założenia wszyscy uczestnicy rynku są racjonalni, posiadają pełną wiedzę nt. cen, oraz dążą do jak największych zysków. Konsumenci wiedzą, kto, ile i po ile oferuje swoje produkty, dokonują więc optymalnego wyboru dotyczącego zakupu. Producenci wiedzą, po ile mogą sprzedać swoje produkty, dokonują więc optymalnego wyboru, ile mają maksymalnie produkować, żeby mieć największy zysk. Tym samym dzięki optymalnym wyborom konsumentów i producentów na rynku zostaje ustalona równowaga, dająca największe zyski wszystkim jej uczestnikom. Zaburzenia tej optymalnej równowagi wynikają jedynie z działania "czynników zewnętrznych". Tym samym - im mniej zaburzeń, tym lepiej.

Teoria ta była już skrytykowana setki razy - nikt nie jest hiperracjonalny, ludzie często kierują się nawykami i emocjami, nikt nie zna wszystkich cen na wszystkich rynkach, producenci nie znają zawczasu cen, po których sprzedadzą swoje produkty i nie wiedzą, ile należy czegoś wyprodukować. Nie ma optymalnych decyzji, nie ma więc jakiegoś mitycznego stanu idealnej równowagi. Wszystko płynie. Panta rhei.

Na podstawie teorii równowagi neoliberałowie natworzyli mnóstwo modeli matematycznych, coraz bardziej skomplikowanych i szczegółowych, które pokazywały funkcjonowanie takiej właśnie wirtualnej gospodarki. Skoro zaś są takie fantastyczne modele, to na co komu patrzenie na rzeczywistość? I co z tego, że rzeczywistość rozjeżdża się z teorią - przecież to ideologiczni głupcy psują doskonały rynek.

Istnieją oczywiście alternatywne teorie ekonomiczne, i wcale nie są to teorie socjalistyczne czy komunistyczne. Są jednak na tyle niewygodne dla neoliberałów, że zazwyczaj je przemilczają i ignorują. Często też po prostu są wysoko wykwalifikowanymi, akademickimi ignorantami i w ogóle nic poza swoim wirtualnym światem teorii nie widzą.

Problem ten w znacznie większym stopniu dotyczy Polski - o ile w krajach bardziej rozwiniętych przynajmniej dyskutuje się o alternatywach dla neoliberalizmu, o tyle w Polsce panuje ogólne samozadowolenie. Jak ktoś wspomni o alternatywie, to zaraz dostaje łatkę "komucha", bo tylko taką alternatywę polscy ignoranci są w stanie sobie wyobrazić. To się prawdopodobnie zmieni, ale mam na to dość pesymistyczny pogląd, że zmianę wymusi dopiero poważny kryzys w Polsce, po którym nie będzie już wątpliwości, ile warte są teorie neoliberalizmu.

3 komentarze:

  1. Zacząłem czytać Twojego bloga i myślę, że będę czytał dalej, bo jest całkiem ciekawy, a i pióro masz dość lekkie. Raczej nie zamierzam "kopać się z koniem", czyli spierać się z Tobą na polu ekonomii, ale jednak w tym tekście jedna rzecz mi nie pasuje. Mianowicie piszesz o teorii neoliberalnej, polegającej na tym, że "Należy (...) wszystko zderegulować, sprywatyzować, obniżyć podatki, znieść płacę minimalną, zasiłki dla bezrobotnych, składki na ZUS, przepędzić związki zawodowe i wszelkie pasożytnicze lewackie towarzystwo". Następnie stwierdzasz, że "Mimo wszystko politycy z grubsza się ekonomistów słuchają". Dla mnie to sprzeczność: płaca minimalna jest (nawet jest co jakiś czas podwyższana), zasiłki są, ZUS jest, związki są, "pasożyty" są, podatki raczej idą w górę, z deregulacją jest raz lepiej, raz gorzej (w stosunku do "dzikiego kapitalizmu" początku lat 90-tych, myślę, że dużo gorzej), prywatyzacja idzie dość powoli, a pojawiają się też jaskółki renacjonalizacji. Możesz mi to wyjaśnić?

    OdpowiedzUsuń
  2. Po zastanowieniu stwierdzam, że zapewne miałeś na myśli gospodarkę globalną, a ja odniosłem to do krajowego poletka, ale mimo wszystko prośba o potwierdzenie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc ten tekst miałem na myśli dominującą na świecie teorię ekonomii (widziałem jeden szacunek na 95% uczelni na świecie, do tego bym dodał 100% w Polsce), która do niedawna była jedyną, do której politycy mogli się odnieść. No, może poza rządami azjatyckimi, które wydaje się, że lepiej trzymają się realiów.

      W odpowiedzi mogę przytoczyć ci opowiastkę o średniowieczu. Wedle ówczesnej ideologii, na ziemi byłoby superancko, o ile ludzie nie grzeszyliby (nie będą kradli, zabijali czy uprawiali aktywność pozamałżeńską itd., lista grzechów jest długa i zawsze da się coś do niej dorzucić). Jak ludzie grzeszyli, to bóg dostawał nerwacji i zsyłał potopy, trzęsienia ziemi albo archanioła z płonącym scyzorykiem. To wszystko było zapisane w świętej książce, której dogmaty nie podlegały dyskusji. Interpretować ją mogli tylko specjalnie wytrenowani i wyselekcjonowani specjaliści - ale nie po to, by ją podważać, ale by udowadniać prawdy już tam zawarte. Dyskutowali więc o tak ważnych rzeczach, jak to, czy Jezus miał sakiewkę czy nie (to akurat wziąłem z "Imienia róży"). I teraz powstaje kwestia zasadnicza - przecież na ziemi nie powstało królestwo boże, a grzesznicy mieli się świetnie, to co było nie tak? Można powiedzieć, że skoro raju na ziemi nie ma, to znaczy, że ludzie dalej grzeszą. No bo przecież gdyby nie grzeszyli, to raj by już był, a nie ma - dowód jasny i oczywisty. Można też zaryzykować stwierdzenie, że może to raczej teoria królestwa bożego jest do bani... ale można przez to skończyć na stosie, przy akompaniamencie gregoriańskich chorałów inkwizytorów jedynie słusznej słuszności.

      Teraz jak to się ma do współczesnej ekonomii. Ano tak się ma, że owa dominująca pseudo-nauka osiągnęła etap scholastyki, a jej krytyka może oznaczać przypięcie łatki "komucha" i "lewaka" (przynajmniej w Polsce, na świecie już od jakiegoś czasu stosy przestały płonąć). Obiecany raj neoliberalny również nie powstał. Można oczywiście powiedzieć, że nadal mamy ZUS i płacę minimalną (ale znacząco niższe, niż jest w większości innych krajów), to niby jak miał powstać. Ale ja chyba jednak będę się trzymał stwierdzenia, że teoria się jednak nie sprawdziła.

      Usuń